Wudang - Akademia Taijiquan i Qigong Tomasza Grycana

Start Taijiquan Qigong Dao-Tao-Fit Combat-Dao-Fit
Aktualności Akademia Nauczyciel TRENINGI
Seminaria Artykuły Literatura Linki Kontakt

REFLEKSJE NA TEMAT UCZENIA I NAUCZANIA
Tomasz Grycan

Uczenie (się) i nauczanie (innych) to dwa zazębiające się procesy w zgłębianiu sztuki.

Uczenie się u kogoś, jest stosunkowo "proste". Nauczyciele są zawsze na widoku. Na początku, zachwyca byle co. Potem kiedy wiedza rośnie, pojawia się większe rozeznanie. Pomału nabywa się orientację kto co potrafi i u kogo naprawdę warto się uczyć. Każdy musi sprawdzić to na własnej skórze, sam ocenić co dla niego jest dobre, a co nie. Podpieranie się opiniami innych nic nie daje.

Drugi etap jest znacznie trudniejszy. Wkłada się sporo energii, aby znaleźć właściwego nauczyciela. Często trzeba iść na kompromisy (bardzo rzadko się zdarza, aby wielki mistrz mieszkał gdzieś niedaleko). Jeżeli ma się szczęście, udaje się w końcu trafić na odpowiedniego człowieka.

Następny etap to ciężka praca. Wydaje się masę pieniędzy na podróże za swoim nauczycielem i naukę u niego. Nikt z otoczenia tego nie rozumie i powszechnie jest się uważanym za głupca. No bo kto w dzisiejszych czasach kupuje miecz czy halabardę i zamiast jechać na urlop na Seszele, wydaje taką kwotę na krótki obóz treningowy z mistrzem.

Jeśli mimo to osoba jest mocno zdeterminowana, może po wielu latach wyrzeczeń osiągnąć wybitny poziom. Załóżmy, że jej się to udało. Posiada olbrzymią wiedzę i umiejętności w danym temacie. Dochodzi do wniosku, że nadszedł czas, aby przekazać innym to, co w takim trudzie zdobyła. I co wtedy...? Dowiaduje się, że teraz nikogo to nie interesuje. Ludzie nie chcą "tracić" lata na trening prawdziwego Kung Fu, wylewać pot na sali. Okazuje się, że oni chcą się tylko trochę "poruszać".

Dzisiaj nauczyciel Kung Fu jest jak sprzedawca w sklepie. Musi zostać ekspertem od marketingu, aby jego sztuka przetrwała i została przekazana następnemu pokoleniu. Zmuszony jest do ciągłych kompromisów i maksymalnego dopasowywania swojego przekazu do współczesnych "szybkich czasów", np.: skracania i upraszczania ćwiczonych form (kata).

Obecnie uczeń musi mieć specjalne warunki do nauki, niczym rzadki kwiat hodowany pod szklarnią. Obowiązkowa jest odpowiednio duża sala, prysznice, miła atmosfera na treningach, ładne stroje do ćwiczenia i oczywiście żadnego przemęczania. Wszystko ma być łatwe, szybko osiągalne i przyjemne. Uczeń powinien być często chwalony, dostawać różne kolorowe pasy i dyplomy. Trening w parku może być tylko jednorazową ciekawostką, na stałe zajęcia w ciągu roku na dworze nikt nie będzie przychodził. Już lekko zachmurzone niebo byłoby wystarczającą wymówką, a co dopiero delikatna mżawka.

Ostatnio coraz bardziej można zaobserwować, że ludzi tak naprawdę nie interesuje poziom instruktora, u którego pobierają naukę. To czy uczy się on kilkanaście lat czy tylko kilka tygodni, albo czy uczy się u wybitnego mistrza czy tylko z książki, jest im całkowicie obojętne. Oni chcą się tylko trochę poruszać na sali. Jest to bardzo dziwne zjawisko, bo gdyby porównać to na przykład do nauki języka obcego, to nawet ten, który chce nabyć podstawowe umiejętności, szuka kontaktu z kimś dobrze władającym tym językiem, a nie tak samo "dukającym" jak on. Co dziwniejsze, to każdy zdaje sobie od razu sprawę, że poświęcając mało czasu na naukę języka (np. słówek), osiągnie tylko słabe efekty, jest to dla niego całkowicie oczywiste. Tymczasem kiedy chodzi na przykład o Taijiquan (Tai Chi Chuan), ludzie mają bardzo silne przekonanie (głównie dzięki mediom, zwłaszcza kobiecej prasie), że kwadrans ćwiczenia dziennie co kilka dni dokona cudów, odmłodzi ich ciało i da im wieczne szczęście. Tak jakby w tej dziedzinie obowiązywały inne prawa fizyki.

W dzisiejszych czasach powszechne jest nabywanie tylko podstawowych umiejętności w czymkolwiek, wszystko poznaje się powierzchownie. Mistrzowskie opanowanie kunsztu jest bardzo rzadkie. Współczesnym uczniom starcza zapału tylko do opłacenia składki na treningi. Wydaje im się, że za to powinni wszystko dostać, że jak w sklepie coś kupili i nauczyciel ma im to dać. Jeśli mają słabe umiejętności, bo niewiele ćwiczą, to oczywiście obarczają winą prowadzącego zajęcia, a nigdy samych siebie. Nie mają szacunku dla instruktora. Nie rozumieją jak wartościowe i rzadkie jest to czego on ich uczy, że tak naprawdę dopiero trzydzieści lat temu otworzono się na uczniów z Zachodu. Jeszcze do niedawna przekazywanie innym swoich umiejętności było dzieleniem się czymś bardzo cennym. Od tego, np. możliwość zaskoczenia przeciwnika jakąś techniką w walce, zależało przecież życie. Podręczniki na ten temat nie istniały. Wiedza była przekazywana przez nauczyciela tylko ustnie i to tylko uczniom zaakceptowanym po specjalnych długich testach, którzy wykazali się odpowiednimi cechami moralnymi i zdobyli jego zaufanie.

W dzisiejszych czasach role się odwróciły, to nauczyciel musi znaleźć uczniów i przekonać ich, że warto zgłębić wiedzę, którą on posiada. Musi dokonywać prawdziwych cudów, aby jego sztuka przetrwała i została przekazana następnemu pokoleniu. O wiele łatwiej jest spotkać i uczyć się u wielkiego mistrza, niż znaleźć uczniów, którzy docenią prawdziwy kunszt i będą chcieli uczyć się cierpliwie przez lata.

Chen Xiaowang, spadkobierca stylu Chen Taijiquan, stworzył krótsze sekwencje ruchów do uczenia w czasie wyjazdowych seminariów. Niektórzy zarzucają mu, że naprodukował on zbyt wiele nowych form. Prawda jest taka, że powstały one na "specjalne zamówienie" współczesnych uczniów. Nie mają oni zbyt wiele czasu na poznawanie całego systemu, a przecież chcą ćwiczyć ten styl, dlatego powstało "38 Form". Jednakże okazały się one zbyt długie i trudne. Ludzie dzwonili do niego i nie dawali mu spokoju. Wiec mistrz stworzył następną jeszcze krótszą "19 Form" i teraz uczniowie są zadowoleni, bo mogą ją zapamiętać w czasie dwudniowych warsztatów. Być może jest to jedyny sposób, by ta sztuka przetrwała dalej w XXI wieku....

Czy uczyć innych może tylko i wyłącznie ktoś, kto poznał cały system do końca i ma już mistrzowskie umiejętności? Oczywiście nie. Gdyby tak było, sztuki walki przekazywane byłyby tylko bardzo wąskiej grupie osób i praktycznie byłyby nie znane szerszej społeczności. Prawdziwych mistrzów zawsze było niewielu, a w ostatnich czasach ich ilość dramatycznie zmalała.

W procesie edukacyjnym od wieków wykorzystuje się bardziej zaawansowanych uczniów. To oni przekazują podstawy systemu, a dopiero mistrz wprowadza w bardziej skomplikowane obszary. W japońskich stylach używa się dwóch terminów:
- "sempai" czyli instruktor nie mający jeszcze stopnia mistrzowskiego,
- "sensei" czyli nauczyciel posiadający już stopień mistrzowski.
W chińskich sztukach walki występuje:
- "si hing" czyli starszy uczeń,
- "si fu" czyli mistrz.

Oczywiście słowo "zaawansowany" ma różne znaczenie i nie da się go tak łatwo zdefiniować jak termin "mistrz", co innego znaczy ono na Wschodzie i Zachodzie. Oczywiste jest, że "zaawansowany poziom" Tu i Tam ("u źródła") to dwa różne stany. Można by to porównać do edukacji w zwykłym systemie szkolnictwa w Polsce. Występuje u nas: podstawówka, liceum i studia wyższe. W każdym z tych etapów uczniów można podzielić na: początkujących (pierwszy rok nauki), średniozaawansowanych i zaawansowanych (ostatni rok nauki). Pierwszoklasista, który nauczył się tabliczki mnożenia, robi wrażenie na przedszkolakach, bo potrafi policzyć jabłka w koszyku. Wiadomo, że ktoś kto był najlepszy w podstawówce i "rządził" cała szkołą, w liceum jest nikim i zaczyna wszystko od nowa. Tak samo na studiach. Nawet po otrzymaniu tytułu magistra, to dopiero początek "drogi". Są jeszcze tacy jak Einstein w fizyce, którzy przekraczają zwykły "poziom poznania", osiągnięcia mistrzostwa.

Patrząc na przykład z Chin albo Japonii na to co dzieje się na zachodzie, wygląda to na pewno śmiesznie, jak niektórzy mówią o sobie "zaawansowany uczeń". Ale należy pamiętać zawsze o pewnym punkcie odniesienia. Wtedy taki "tytuł" ma inne znaczenie. Przecież oczywiste jest, ze ocena "bardzo dobra" z fizyki ucznia z podstawówki i studenta uniwersytetu to dwa rożne światy. Jakaś gradacja stopni musi istnieć, aby osoby, które chcą coś ćwiczyć, mogły jakoś rozpoznać u kogo warto się uczyć podstaw stylu.

Przechwalanie się przez niektórych instruktorów, że są najlepsi w kraju, jest śmieszne. Można oczywiście być dumnym, że należy się do tzw. "grupy starszaków" w przedszkolu, ale prawda jest taka, że jest to dalej poziom przedszkola. Dopiero kontakt z prawdziwym mistrzem wyraźnie pokazuje gdzie się jest, ile jest do zrobienia, jak niewiele się osiągnęło oraz, że ciągle jest się "początkującym na Drodze".

Jednym z głównych powodów dla którego ludzie na Zachodzie tak łatwo nadają sobie tytuł "mistrza" ("si fu"), jest brak konkurencji prawdziwych mistrzów. W Chinach jest sporo dziadków, którzy w każdej chwili potrafią pokazać taki poziom umiejętności, że ewentualny pretendent do tytułu od razu się chowa. W Polsce mistrzów wewnętrznych sztuk walki (np. Taijiquan) nie ma. Nawet przyjazd Chen Xiaowanga (spadkobiercy stylu) jest niezauważany, bo w seminariach uczestniczy tylko garstka pasjonatów, gotowa zapłacić duże pieniądze, więc przeciętny instruktor w kraju robi na treningach co chce. A że uczestnicy jego zajęć nie ćwiczą ze zbyt dużym zaangażowaniem, więc różnica poziomów jest olbrzymia, a zatem spokojnie może mówić o sobie "mistrz". W pewnym sensie, jeśli nie udało mu się spotkać kogoś naprawdę dobrego, ma nawet czyste sumienie. To trochę zwariowane, ale taka jest teraz rzeczywistość.

Na tego, który uczy innych, czyha wiele pułapek. Najważniejsze to nie stracić krytycznego stosunku do samego siebie. Prawie zawsze ktoś kto sam sobie nadaje tytuł mistrza ("si fu"), równocześnie kończy swoją naukę. Zamyka się w środku i nie przyjmuje do siebie myśli, że może robić coś źle. Jego "filiżanka" jest pełna i nie ma już miejsca na "nowe". Przestał się uczyć czyli doskonalić. Jego droga skończyła się i nie ruszy dalej.

Dzielenie się swoimi umiejętnościami (nawet małymi) z innymi ma też swoje dobre strony. To niezwykle inspirujące doświadczenie. Tłumacząc innym jak mają coś zrobić, próbując im to jakoś wyjaśnić, samemu bardzo mocno pogłębia się swoją wiedzę na dany temat. Często można zauważyć wtedy wręcz lawinowy postęp u siebie. Dzięki pytaniom uczniów patrzy się na wiele rzeczy z całkiem innej perspektywy. A widząc wyraźnie ich błędy, stara się przynajmniej samemu nie robić takich samych.

Uczenie innych jest bardzo trudnym zajęciem. Nauczyciel musi cechować się nie tylko wiedzą i umiejętnościami, ale przede wszystkim odpowiednią wrażliwością, aby dokładnie wyczuć co dzieje się w danej chwili z jego uczniem i jak najlepiej pomóc mu w osiągnięciu wyższego poziomu. To twórczy i niepowtarzalny proces przekształcania człowieka, bo przecież każdy z nas jest inny i nie da się zastosować tej samej metody.

Większość osób nie zdaje sobie sprawy, że Taijiquan (jak i innych sztuk walki) naprawdę nie można nauczyć się tylko z książek lub kaset wideo. Opanowanie ruchów jakiejś formy jest tak naprawdę dopiero początkiem nauki. W Polsce na tym etapie kończy 99% ćwiczących. Sam ruch wyuczony w ten sposób, jest pusty jak wydmuszka w środku. Tylko rzetelnie wykwalifikowany nauczyciel może pomóc wypełnić tę pustkę. Sprawić, że "qi" zacznie naprawdę krążyć i Taijiquan przyniesie zdrowie oraz realne umiejętności walki na ulicy. Trening bez indywidualnych wskazówek i korekty nie przyniesie żadnych rezultatów.

Oczywiście sam kontakt nawet z najlepszym nauczycielem czy wyjazd do Chin lub Japonii niczego automatycznie nie załatwi. Choć na pewno może znacznie ułatwić osiągnięcie celu. Jedynie tylko ciężki, codzienny trening przez lata może przynieść wysoki poziom umiejętności. W poprzednim systemie szkolnictwa podstawówka trwała 8 lat, liceum 4 lata, a studia wyższe 5 lat. Jak łatwo policzyć opanowanie poziomu podstawowego, trwało prawie tyle co średniego i zaawansowanego razem. To samo odnosi się do sztuk walki, a zwłaszcza Taijiquan. Wyjście ze "stanu początkowego" wymaga bardzo dużo czasu i poświęcenia. I w tym jest właśnie problem. Coraz mniej osób chce przekroczyć próg swojego zaangażowania, który gwarantowałby nabycie chociaż średniego poziomu umiejętności. A jeśli tak ćwiczy się dzisiaj powszechnie, to co zostanie przekazane następnemu pokoleniu...?

Artykuł ukazała się w magazynie "Świat Nei Jia" nr 26 (październik 2002).

 


| Spis artykułów | Początek strony |