Wudang - Akademia Taijiquan i Qigong Tomasza Grycana

Start Taijiquan Qigong Dao-Tao-Fit Combat-Dao-Fit
Aktualności Akademia Nauczyciel TRENINGI
Seminaria Artykuły Literatura Linki Kontakt

WYWIAD Z TOMASZEM TWARDOWSKIM
Tomasz Grycan

Tomasz Grycan: Kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z wschodnimi sztukami walki (kino, książka, znajomi)?

Tomasz Twardowski: Hmm, wydaje mi się, że pierwszy był jakiś film Brusa Lee w telewizji polskiej, chyba "Droga Smoka", byłem wtedy w 2 albo 3 klasie szkoły podstawowej, pamiętam biegaliśmy z kolegami na przerwie bijąc się we wschodnim stylu :), potem była fascynacja ogólnopolska filmem "Shaolin", zbierałem odcinki o kung fu ze "Świata Młodych" :).

T.G.: Jak to się stało, że zacząłeś je ćwiczyć?

T.T.: Moja mama wiedziała, że chciałbym ćwiczyć kung fu (miałem 14 lat) i jak byłem na obozie harcerskim, zobaczyła plakat informujący o otwarciu takiej sekcji w Poznaniu i tak się zaczeło. Było to nawet zabawne, bo ta pierwsza sekcja była pod patronatem ZSMP :), były wywiady przed zapisaniem się do nie i takie cuda, pamiętam, mama ze mną poszła.

T.G.: Jak na twoje treningi zapatrywali się rodzice?

T.T.: Byli absolutnie za :). Mój problem polegał na tym, że byłem dzieckiem może nie grubym, ale ze skłonnościami do tycia, lubiącym czytać i wszystkie sporty wydawały mi się nudne i nagle chciałem bardzo mocno ćwiczyć jakiś sport, wiec mama była jak najbardziej za :).

T.G.: Jak przebiegała twoja droga poznawania wschodnich sztuk walki (co ćwiczyłeś i u kogo)?

T.T.: Hmm, zacząłem od Dariusza Piotrowskiego (albo Pietrowskiego), który założył w Poznaniu pierwsze sekcje kungfu bedąca pod patronatem YMAA, potem ponieważ zdałem do liceum wojskowego w Toruniu, ćwiczyłem wpierw karate shotokan i judo, ale teskniłem za kung fu, okazja zdarzyła się na 3 roku liceum, kiedy powstała sekcja wing chun prowadzona przez Piotra Kolkowskiego ucznia Janusza Szymankiewicza, cwiczyłem tam z 8 miesięcy, ale wing chun mi się jakoś nie podobał, wiec miałem mieszane uczucia, potem poznałem przypadkiem gościa nie pamiętam już nazwiska, który przedstawił mnie instruktorowi, który był uczniem Braksala i prowadził nieformalna grupę, często prywatne treningi (za darmo!) ale dla ludzi, którzy mogli dużo znieść, nie mówię o biciu się, bo uważał bardzo na bezpieczeństwo, tylko wysiłku fizycznym. Do dziś pamiętam te biegi w śniegu pod górę przy świetle księżyca :)!

Niestety instruktor ten miał młodą żonę, która chciała dziecko i on był zbyt zmęczony itd., itd. Koniec końców się to rozpadło i chodziłem nieco na siłownię jedynie. Po powrocie do Poznania nawiązałem kontakt z Piotrem Ziembą, który uczył (i chyba nadal uczy) YMAA w Poznaniu w tym czasie i zacząłem ćwiczyć YMAA w jego wydaniu. Dlaczego pisze w jego wydaniu, bo miał zdrowe podejście, kontakty z innymi praktykami innych sztuk walk i trening był kungfotorsko-kickboksowaty, ale przynajmniej jego uczniowie potrafili coś tam użyć. Później ćwiczyłem u innego instruktora YMAA, który przebywał czasowo w Poznaniu na studiach Marka Sadowskiego, który miał bardzo wysoki stopień w YMAA, niestety brakowało mi czegoś w tej organizacji i rozglądałem się za czymś innym....

W tym czasie był to rok chyba 1996 poznałem przypadkiem paru Chińczyków, starałem się od nich nauczyć trochę chińskiego, co nie szło mi za dobrze i oni poznali mnie z Zhao Xingshen, który przebywał czasowo w Polsce, robiąc jakieś interesy. Ten 40-paroletni Chińczyk zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Szczerze mówiąc wpierw nie chciałem się z nim spotkać, myślałem, że jako gość z Chin Ludowych zna tylko sportowe kung fu, ponieważ panował taki pogląd w Polsce. Znał on parę styli i z dzisiejszej perspektywy (odwiedziłem go w Chinach) jest on przeciętny, ale w Polsce był dla mnie bogiem kung fu :). Uczył mnie trochę chuo jiao - zdążyłem poznać 3 małe formy prze jakieś 4 miesiące. Gość pojechał na chwilę do Chin i już nie udało mu się wrócić, odmówiono mu wizy. Próbowałem potem przez dwa lata bezskutecznie ściągnąć go do Polski, ale z różnych przyczyn nie udawało się to. Mimo że uczył mnie chua jiao, podkreślał mi zawsze, że jego zdaniem królem kung fu jest baguazhang i zainteresowało mnie to, mimo że nie uczył mnie baguazhang, bo nie było czasu i mówił, że to za trudne na początek. Pokazał mi mnóstwo rzeczy, które zbudowały w moim mózgu pragnienie treningu baguzhang, po jego wyjeździe zacząłem kupować książki w internecie na ten temat i marzyć, aby kiedyś studiować ten styl.

T.G.: Jak trafiłeś do Chin?

T.T.: Wpierw wyjechałem na stypendium doktoranckie, co nie było proste, bo nie jestem po sinologii. Musiałem przeszlifować trochę korytarzy zanim w ogóle dopuszczono taką możliwość :). Cała moja działalność nastawiona była, aby wyjechać do Chin, wiec uczyłem się trochę chińskiego, zacząłem przygotowywać doktorat o chińskiej gospodarce - wszystko po to, aby móc do Chin wreszcie trafić i udało się. Nie było to proste oczywiście, skutek skutków straciłem piękną narzeczoną z tego powodu, ale się już nie uskarżam, bo mam nową :). Zanim jeszcze wyjechałem do Chin, nawiązałem kontakt z Jarkiem Szymańskim, dzięki uprzejmości Sławka Milczarka (obu serdecznie pozdrawiam). Jako że chciałem ćwiczyć baguazhang, Jarek pomógł mi wybrać styl baguazhang, który by dla mnie pasował oraz pomógł mi znaleźć nauczyciela, za co jestem mu nieskończenie wdzięczny i tak zaczeła się moja przygoda z baguazhang.

T.G.: Jak się odnalazłeś w Chinach? Jak poszła aklimatyzacja? Czy było tak jak sobie wyobrażałeś? Co było na plus, a co na minus?

T.T.: Szczerze mówiąc, to na początku było ciężko.... Jakby ktoś mi podarował bilet powrotny w pierwszym tygodniu, to bym wrócił do Polski... Zakwaterowano mnie w strasznych warunkach, akademik miał prysznice jedne na cały budynek - w dodatku można było je używać co drugi dzień! Jednego dnia chłopcy, drugiego dziewczęta! Toaleta jedna na cały korytarz, w pokoju na podłodze beton..... chciało mi się płakać i w dodatku nikt się mną nie przejmował....

Okazało się, że Chińczycy postanowili zarobić, ponieważ jako osoba ze stypendium na wymienianie międzykrajowej nie przynosiłem żadnych finansowych korzyści dla uniwersytetu, więc dano mi jak najgorsze miejsce, bo te lepsze można było wynająć innym obcokrajowcom za pieniądze... dopiero po trzech tygodniach przepychanek słownych z laski przeniesiono mnie do normalnego budynku, nowo wybudowanego, gdzie każdy pokój dwuosobowy miał własną łazienkę i warunki hotelowe.

Ciężko mi się było przyzwyczaić na początku do mentalności Chińczyków, spotykałem się z wieloma próbami naciągnięcia mnie czy wręcz oszukania, nie wspominając o pokazywaniu palcami na ulicach :).
Na plus było chińskie jedzonko oczywiście :).
W sumie Chiny były inne niż sobie wyobrażałem, bo myślałem, że tu ludź na ludź a okazało się, że nie jest aż tak wiele :).
Sam Pekin zaskoczył mnie nowoczesnością, czego nie widzi się na zajawkach w polskiej telewizji.

T.G.: Czy mógbyś powiedzieć coś więcej o doborze stylu baguazhang, który pomógł Ci dopasować Jarek Szymański? Jakie były kryteria? Czym się kierowałeś?

T.T.: W sumie to jest ciekawa historia :). Jako że miałem problemy kiedyś z porozumiewaniem się z Zhao Xingshen, wydawało mi się, że ćwiczy on styl Yin Yang baguazhang i o taki styl dopytywałem się u Jarka, który wytłumaczył mi, że styl ten nie jest oryginalny, tylko hybrydą stylizującą się na długa historię i na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń, styli jakie trenowałem i mojego podkreślenia, że lubię kopać i uderzać, Jarek zasugerował trening stylu Yin baguazhang, którego twórca Yin Fu był wcześniej specjalistą w stylu Lohan quan i ta odmiana baguazhang ma więcej kopnięć i uderzeń niż pozostałe odmiany. Trzeba tu bowiem powiedzieć, że style baguazhang różnią się od siebie w zależności od tego od kogo pochodzą, uważany za twórcę stylu mistrz Dong Haichuan, uczył każdego ze swoich uczniów inaczej, starając się wykorzystać ich naturalne umiejętności oraz ich wcześniejsze doświadczenia, prawie każdy z jego uczniów był wcześniej mistrzem w jakimś stylu. Dlatego też poszczególne odmiany baguazhang różnią się od siebie czasami nawet mocno jak np. Cheng i trenowany przeze mnie Yin, gdzie Cheng pochodzi od Cheng Tinhua, który to był mistrzem w chińskich zapasach shuai jiao i w jego stylu porusza się inaczej, inna jest praca ciała i prawie całkowity brak kopnięć w formach, gdzie np. w mojej formie znajdzie się kopnięcie boczne wykonywalne na wysokość głowy.

Jako nauczyciela Jarek zasugerował mistrza Zhu Baozhen, który zdaniem Jarka mógł mnie dużo nauczyć ponieważ był profesjonalnym nauczycielem baguazhang z dobrymi metodami treningowymi.

72 letni mistrz Zhu Baozhen
podczas wykonywania form baguazhang
- zhanzhuang

Śmieszne jest w sumie to, że jak już spotkałem w Chinach mojego byłego nauczyciela Zhao Xingshen i wreszcie mój chiński był na tyle dobry, że mogłem się z nim porozumieć, okazało się, że on ćwiczy styl Yin Yang bapanzhang, a nie Yin Yang baguazhang :).

T.G.: Czy wybrany nauczyciel od razu przyjął Cię na ucznia? Jak odbyło się Wasze pierwsze spotkanie?

T.T.: W sumie na ucznia zostałem przyjęty od razu, Jarek zadzwonił do mojego nauczyciela informując go, że jeden Polak chce z nim ćwiczyć, co ułatwiało kontakt. Przyszedłem więc na trening, który odbywał się w Dongdan wushuguan i wpierw przyglądałem się "zza płotu", ale zostałem zaproszony przez mojego nauczyciela, abym podszedł bliżej :). Jakoś się porozumieliśmy i okazało się, że uczy on dwóch odmian baguazhang, które zaprezentowali mi jego uczniowie i mimo, że odmiana Cheng się pięknie prezentowała i ładnie chłopak wirował, to jakoś bardziej spodobała mi się odmiana Yin gdzie mimo, że trochę to kanciasto wyglądało i mało ładnie, widać było od razu użyteczność. Uzgodniliśmy warunki treningu, ponieważ zdecydowałem się wtedy na dwa treningi prywatne plus jeden trening w grupie (3 w tygodniu) i rozpoczęła się moja przygoda z baguazhang.

Muszę tu od razu podkreślić, że w Pekinie z jednej strony jest łatwo znaleść nauczyciela z drugiej trudno. Łatwo ponieważ obcokrajowcy mogą zapłacić całkiem spore pieniądze (jak na chińskie warunki), trudno ponieważ przez to cała grupa szarlatanów poluje na naiwnych kasiastych cudzoziemców. Podam parę przykładów jako, że w ostatnim roku baguazhang stało się popularne na Zachodzie, to ludzie chcą się uczyć i osobiście znam parę przykładów trenerów sportowych lub nauczycieli innych styli, którzy nagle zaczęli uczyć tego baguazhang obcokrajowców wprawiając w osłupienie swoich chińskich uczniów :). Znam też przypadki gdzie tacy nauczyciele przyprawili swoich zagranicznych uczniów o kontuzje kolan czy stawu biodrowego....

Niektórzy Chińczycy posuwają się do naprawdę dużych oszustw, aby zwabić naiwnych, np. w zeszłym tygodniu spotkałem się z "mistrzem qigongu", który twierdził, że ma 96 lat i żądał 50 dolarów za godzinę treningu z nim, a po sprawdzeniu go, okazało się, że ma naprawdę 73 lata....

Dlatego też nie jest wcale tak łatwo znaleźć dobrego nauczyciela, kiedy się jest obcokrajowcem w Chinach, można stracić dużo czasu zanim się znajdzie coś wartościowego. Dzięki pomocy Jarka Szymańskiego udało mi się uniknąć wszelkich pułapek, za co mu jestem naprawdę wdzięczny i korzystając teraz z okazji, publicznie powiem: Dziękuje za pomoc Jarku !!!!!!!

T.G.: Czy od przyjazdu do Chin ciągle uczysz się u tego samego nauczyciela? Czy próbowałeś pobierać nauki u innych mistrzów baguazhang?

T.T.: Tak od przyjazdu ciągle pobieram nauki u tego samego nauczyciela, z przerwą półroczną spowodowaną chorobą niestety. Dlaczego wciąż u tego samego? Hmmm..... po prostu odpowiadają mi jego metody treningowe. Udało mi się poznać i zobaczyć wielu innych nauczycieli baguazhang, zresztą mój nauczyciel sam mnie do tego zachęcał, podawał adresy, telefony ludzi, których sam nie umiałem znaleźć. On uważa, że jego baguazhang to jego baguazhang i jak po prostu będę małpował jego ruch, to nigdy nie będę dobry, bo muszę zrozumieć zasady i pryncypia, aby zastosować je na sobie.

Co do popierania nauk u innych nauczycieli.... hmmm sprawa wygląda tak: nie uważam wcale, że mój nauczyciel jest najlepszy na świecie, ale najbardziej jak na razie podobają mi się jego metody treningowe. Spotkałem nauczycieli, których umiejętności były może nawet i wyższe od mojego nauczyciela, ale prezentowali całkowity brak talentu do uczenia i ich uczniowie mimo długiego stażu nie potrafili sobie przyswoić nawet podstaw.

72 letni mistrz Zhu Baozhen
podczas wykonywania form baguazhang

W sumie ponieważ baguzhang opiera się na słowie "zmiana" (chińskie "bian") często nawet nauczyciele wywodzący się z tej samej linii, uczą zupełnie inaczej! Często oni mówią, że coś jest złe, a Twój nauczyciel tak uczy i jest to podstawa i to ważna:). Dlatego ważne jest oglądanie innych nauczycieli, bo może okazać się, że nasz nauczyciel robi tak, a nie inaczej ponieważ to po prostu lubi, a inny ten sam ruch interpretuje całkowicie inaczej. Np. mój nauczyciel jest niższy ode mnie, ale jest chudy więc jego ruchy bardziej do mnie pasują, niż kogoś kto wygląda jak kula śniegowa :).

T.G.: Czy jesteś w pełni usatysfakcjonowany baguazhang? Czy zakończyłeś już swoje poszukiwania i będziesz zajmował się tylko tą sztuką czy chciałbyś poznać coś jeszcze?

Tak jestem w pełni usatysfakcjonowany z baguazhang!!! Kiedyś ćwicząc inne systemy zawsze miałem wrażenie niedosytu, coś mi brakowało, nie zgadzało się... trenując baguazhang czuję, że to jest właśnie to co chcę robić!

Czy zakończyłem swoje poszukiwania.... hmmm... nie wiem, skąd mam wiedzieć, przyszłość jest nie odgadniona :). Uważam natomiast, że muszę się skupić prze najbliższe 5, może więcej lat, tylko na baguazhang, aby osiągnąć zadowalający mnie poziom... jeżeli wtedy będę odczuwał potrzebę poznawania nowych systemów, może na coś się zdecyduję....

T.G.: Będąc w Chinach miałeś na pewno kontakt z różnymi sztukami walki i ich mistrzami. Co zrobiło na Tobie największe wrażenie?

T.T.: Hmmm największe wrażenie (poza baguazhang) zrobiło na mnie xinyi (nie mylić z xing yi to dwa różne style), ich eksplozywny power mnie czasami przeraża :), tongbei szczególnie w wersji bai yuan (białej małpy) - tongbei jest stylem, do którego mam duży szacunek, bo trenują bardzo realnie, ich formy to grupy technik wykonywane w rozbiciu i naprawdę spotkałem mnóstwo adeptów tego stylu, którzy potrafili bez problemu go użyć Trzeba tu bowiem powiedzieć, że w tej chwili w Pekinie większość ludzi ćwiczących tradycyjne kung fu nie bardzo potrafi go użyć lub potrafi jedynie przeciw własnemu stylowi, są często zamknięci, nie chcą się integrować z innym grupami, ani słyszeć o innych metodach treningowych i często robi się to śmieszne, kiedy słyszy się np. takie hasło do Chińczyka: "Jestem mistrzem Chin w tradycyjnych formach, przecież to logiczne że umiem walczyć" :) - osobnik ten nigdy nie ćwiczył nawet ćwiczeń w parach, ani nie sparował, ale uważa, że jest boski.... niestety jest to normalne w tej chwili w świadku tradycyjnego kung fu w Pekinie i widziałem takie obrazki, jak ćwiczący baguazhang usiłujący blokować kopnięcie zawodnika sanda i mimo, że ja zablokował to uderzył się własną ręką i stracił przytomność :).

Problem polega na tym, że w tej chwili młodzi Chińczycy nie bardzo chcą ćwiczyć tradycyjne kung fu, nauczyciele cieszą się, jak w ogóle ktoś przychodzi na treningi, jak zaczną od nich za dużo wymagać, to po prostu nie przyjdą następny raz.... żeby daleko nie szukać, chińscy uczniowie mojego nauczyciela w ogóle nie są zainteresowani praktycznym aspektem baguazhang.... ja nie mam z kim ćwiczyć!!!!!!! Muszę szukać partnerów treningowych, często z innych styli w dodatku cudzoziemców - ostatnio ćwiczę z chłopakiem, który robi MMA (bjj plus boks). Dlatego np. bardzo szanuję jednego z nauczycieli tongbei, który pozwala mi przychodzić na jego treningi, sparować z jego uczniami, pokazuje mi różne sztuczki techniczne i dzieli się swoją wiedzą praktyczną mimo, że nie jestem jego uczniem, ani nie ćwiczę jego stylu!!! Po prostu podoba mu się to, że chcę ćwiczyć chińskie gong fu i chcę robić to jak najlepiej umiem... Takich nauczycieli trudno znaleźć!!! Większość zabrania swoim uczniom widywać innych, są zazdrośni, zawsze najlepsi itd., itd.. Wspomniany przeze mnie nauczyciel tongbei, pochwalony publicznie przez kogoś z odwiedzających park, że "ten twój nowy biały coś tam umie" - odpowiedział bez żadnych skrępowań, ze nie jestem jego uczniem, więc nie jemu pochwała się należy! Trzeba zrozumieć, że niewielu Chińczyków stać na coś takiego!!! Spotkałem już sytuacje, kiedy przedstawiano mnie jak "swojego" ucznia lub proszono jak gdzieś byłem, żebym za takiego się podawał....

T.G.: A jak wygląda normalny trening w Chinach? Czym różni się od tego co robi się w Polsce?

T.T.: Normalny tradycyjny trening w Chinach rożni się znacznie od treningów jakie mamy w Polsce (przynajmniej z tego co ja pamiętam :) ). Tutaj nie ma jakiś dziwnych rozgrzewek, biegów, pajacyków, pompek i innych ćwiczeń fizycznych! Na treningach ćwiczy się technicznie i nie ma robienie w rzędach na komendę technik! Każdy robi własnym tempem i każdy może w pewnym sensie robić inne rzeczy, np. chce się robić ćwiczenia z partnerem, to się je robi a nie dlatego, że nauczyciel karze. Treningi takie jak w Polsce robią jedynie nauczyciele sportowego wu shu, co powinno być wskazaniem dla tych, co trenują u "tradycyjnego mistrza z Chin", który robi sportowy trening :). Mnie mój nauczyciel do niczego nie zmusza, chcę ćwiczyć teraz z szablą, to ją ćwiczę, nie chcę, to robię cos innego. Nawet jak ktoś obija się na treningu, to nauczyciel nic nie mówi, bo to jest prywatna sprawa trenującego, nie chce ćwiczyć jego sprawa, ale łatwo można zauważyć, że osoby które ćwiczą ciężej, są przez nauczyciela doceniane, częściej do nich podchodzi, poprawia i pokazuje nowe rzeczy.

Aha i przede wszystkim ćwiczy się w parku przez cały rok również zimą, no chyba że pada deszcz.

T.G.: Ile już czasu uczysz się u swojego nauczyciela baguazhang? Czy przeprowadza on jakieś egzaminy? Czy wydziela jakieś stopnie zaawansowania? Jak wygląda to w Chinach?

T.T.: Znam mojego nauczyciela prawie 4 lata, niestety wspomniana przeze mnie choroba po paru miesiącach treningu spowodowała pół roczną przerwę, więc ćwiczę teraz jakieś 3 lata bez większych przerw.

Mój nauczyciel, jak każdy zresztą nauczyciel tradycyjny, nie przeprowadza żadnych egzaminów, widzi jakie masz postępy i w zależności od tych postępów pokazuje, objaśnia kolejne rzeczy, nie ma żadnych stopni zaawansowania, po prostu to widać albo umiesz albo nie :).

W Chinach jedyne stopnie jakie się przyznaje, to w sportowym wu shu i trzeba wykonywać jakieś tam uproszczone formy prosportowe aby zdać. Trzeba bowiem wiedzieć, że w Chinach każdy styl prawie ma uproszczone formy sportowe i są one uczone w szkołach sportowych. Większość ludzi na zachodzie myśli, że uproszczono jedynie taiji, a uproszczone idealnie wszystko i tak śmiało można powiedzieć, że 90% baguazhang uczone na Zachodzie przez chińskich emigrantów, to uproszczone formy sportowe, zresztą Ci imigranci wcale nie ukrywają w swoim oficjalnym bio, że skończyli właśnie szkoły sportowe w specjalności wushu. W tychże szkołach na każdym semestrze uczy się inne formy z innych styli, ale nigdy nie uczy się podstaw stylów, ćwiczeń specjalnych czy poruszania specyficznego dla danego stylu. Ci ludzie każdą formę wykonują w tym samym rytmie i niewiele się one różnią od siebie. Ot takie machanie łapkami.

T.G.: Czyli jeżeli po kilku latach ciężkich treningów u tradycyjnego nauczyciela, on uzna, że osiągnąłeś już mistrzowski poziom i możesz wracać do Polski, aby propagować baguazhang, to nie będziesz miał żadnego dyplomu potwierdzającego Twoje kwalifikacje? Pozostaną Ci tylko zdjęcia z nim. Ale taki "dowód" może mieć każdy kilkudniowy turysta w Chinach. Jeżeli zaś zrobisz sobie jakiś weekendowy kurs z uproszczonej foremki baguazhang, to Akademia Wu-Shu wystawi Ci wspaniały certyfikat. Czy tak wygląda sytuacja w Chinach? Jak ludzie na Zachodzie mogą zweryfikować kwalifikacje instruktora, który powołuje się na swoją naukę u "źródła"? Co mógłbyś im poradzić?

T.T.: Hmmm a co rozumiemy przez mistrzowski poziom :)? i kto powiedział, że ja chcę wracać do Polski :)?
Poważnie mówiąc, to ja nie uważam z mojego punktu widzenia tego problemu za istotny, że nie będę miał żadnego dyplomu, z jednej strony moje chińskie imię jest już w książce mojego nauczyciela, w kolejnym wydawanym tomie będzie zbiorcze zdjęcie uczniów, na którym też jestem, zawsze można od nauczyciela dostać papiery po chińsku, że uważa, że ma się jakiś tam poziom, ale dla mnie nie jest to istotne, ponieważ nie planuję żadnej kariery instruktora ani zarabiania na tym. Tradycyjni nauczyciele uczą, bo ktoś chce się od nich uczyć, bo mają jakiś tam poziom gong fu - czyli umiejętności i jak ktoś się na tym zna, to odrożni dobre gong fu od niezbyt dobrego. Dyplomy wszelkich chińskich akademii sportowych niezbyt mnie podniecają, bo np. proponowano mi już dyplom w taiji za jedyne 400 dolarów łapówki na 4 stopień tego taiji, a jest niby ich 9 i w sumie to już całkiem wysoki stopień ten 4 to, że ja nie znam w ogóle taiji było nieistotne....

Dla mnie liczy się gong fu, bo ktoś może mi opowiadać, jaki to on nie jest boski, ale pokaże parę ruchów i widać jego prawdziwy poziom i nie zrozum my się źle, nie mówię teraz o walce, bo walczyć można używając kick boxingu czy thai boxingu i też można komuś nakopać, ale mówimy teraz o strukturze ciała, jaką trzeba sobie wypracować, aby móc reprezentować godnie chiński styl. Aby mieć taką strukturę, trzeba lat ciężkiej pracy, to się nie da poznać na wyjazdach raz do roku, to trzeba ćwiczyć pod opieka instruktora minimum te 2, 3 lata, żeby mieć podstawy, które nie będą się już zmieniać, bo jako ludzie mamy tendencję do upraszczania niewygodnych ruchów i wychodzi potem coś, co bynajmniej nie jest tym co miało być. Często w Necie ludzie się przerzucają latami, ile to oni nie ćwiczyli, a trzeba by najpierw zacząć jaki czas spędzili naprawdę ze swoim nauczycielem, bo później okazuje się, że w przypadku co poniektórych to dni były, nawet nie tygodnie.... i po raz kolejny trzeba myśleć, bo co z tego, że ktoś się wykłóca, że on ze swoim nauczycielem spędził wiele godzin, jak tenże nauczyciel często niechińczyk ćwiczył na seminariach....

72 letni mistrz Zhu Baozhen
podczas wykonywania form baguazhang

Weryfikowanie instruktora to nie jest taki prosty proces i ja ze swojej strony początkującym mówię raczej kogo unikać, bo to jest prostsze :) :
1. ludzi, którzy twierdzą, że znają więcej niż 3 style,
2. ludzi, którzy ukończyli chińskie szkoły sportowe lub legitymują się jakimiś dyplomami kursów z tychże szkoł,
więcej o tym, jak ktoś jest zainteresowany, może przeczytać w moim wcześniejszym artykule dla Twojego magazynu Tomku, pt. "Trening w Chinach - pułapki i fakty".

T.G.: Wróćmy zatem jeszcze do tematu ćwiczenia na dworze. Dla wielu osób w Polsce jest to nie do wyobrażenia, że można mieć treningi w parku przez cały rok. Ktoś nauczający w naszym kraju tylko na dworze, nie przyciągnie raczej uczniów do siebie. Jak wygląda to w Chinach od strony praktycznej? Czy nauczyciel "pracuje" w parku o jakichś określonych porach czy uczniowie umawiają się z nim specjalnie? Czy ćwiczy się częściej rano czy wieczorem? Co w przypadku kiepskiej pogody, a właściwie jaka pogoda uniemożliwia trening?

T.T.: Taaa... w Polsce ludziska już leniwe są :). Jeszcze gorzej jest w USA, gdzie często wartość instruktora ocenia się w kategorii pryszniców w szatni na jego sali :).

Jak mieszkałem w Polsce ćwiczyłem na dworze dosyć często ale nigdy zimą. W Chinach tradycyjne kung fu ćwiczy się przez cały rok na dworze z wyjątkiem kiedy pada deszcz, choć my ostatnio też mamy wtedy treningi, bo ćwiczymy przy takiej małej pagodzie i jak pada, można ćwiczyć pod nią :).

zdjęcia z wieczornego trenigu
Tradycyjni nauczyciele ćwiczą na dworze z dwóch głównych powodów: po pierwsze nie stać ich na wynajęcie sali w Pekinie, to ogromny koszt, po drugie oni całe życie ćwiczyli na dworze (jak np. mój nauczyciel przez 63 lata treningu :)) i nie rozumieją potrzeby ćwiczenia na sali. Z drugiej strony kung fu tradycyjne nie ćwiczy się pod zawody, więc trening na dworze zbliża nas do warunków realnych, potem w razie czego zimą np. kurtka czy buty nie przeszkadzają, ani to że nas ktoś łapie za rękawy, bo się przyzwyczailiśmy jak z tym sobie radzić :).

Pamiętam jak jeden raz jeden z zagranicznych uczniów mojego nauczyciela, bogaty biznesmen na kontrakcie, chciał wynająć salę na treningi i mój nauczyciel nie rozumiał czemu ma to służyć... :).

Większość nauczycieli zawsze uczy w tym samym parku o tej samej godzinie tego samego dnia. I często wszyscy o tym wiedzą, że ten uczy tu a tamten tam. Mój nauczyciel uczył przez całe lata na takim małym skwerku, ale ponieważ Pekin się rozwija i to miejsce znikło, 2 lata temu musiał przenieść się do innego parku, gdzie uczy zawsze w te same dni (4 razy w tygodniu) i o tej samej porze. Oczywiście czasami nauczyciele umawiają się na jakieś dodatkowe treningi głównie indywidualne (z bogatymi cudzoziemcami :) ), ale mają zawsze swoje ulubione miejsca i godziny. Zmienił się również system ćwiczenia, nie ćwiczy się już prawie wcześnie rano o świcie :)! W tej chwili rzadko który nauczyciel decyduje się na takie treningi i jak już to w weekend i to po 8 rano :). Mój nauczyciel np. uczy teraz wieczorami po 7 wieczorem. Wszystko to podyktowane jest innym trybem życia współczesnego społeczeństwa, ludzie pracują, uczą się i nie mają czasu przychodzić rano wcześniej przed pracą czy szkołą. Nawet w weekendy już mało kto ćwiczy przed 8 czy 9 rano (mówimy o Pekinie).

T.G.: Jaka jest frekwencja na treningach? Jaki przedział wiekowy? Czy występuje podział na ćwiczących "bojowo" i "dla zdrowia"?

T.T.: Frekwencja na treningach jest raczej niska, żeby daleko nie szukać pamięcią wczoraj na trening przyszedłem ja, jedna młoda Chinka i jeden ponad 40-letni Chińczyk. Niestety często tak to wygląda, jedynie na oficjalnych spotkaniach typu wystawna kolacja jest komplet uczniów (ponad 40) :( ! Normalnie niestety młodzi Chińczycy nie są zainteresowani ćwiczeniem kung fu (wciąż mówię o Pekinie czy innych dużych miastach), nudzi ich to, młodzież woli komputery albo taekwoondo, a nieco starsi golf czy balangi.... W tej chwili panuje model konsumpcyjny, taki american life style, więc chodzenie do parku aby ćwiczyć jakieś tam kung fu, raczej nie jest obiektem marzeń. Ćwiczą ludzie na wsi i ze wsi, bo po pierwsze często z nudów lub aby zdobyć jakieś tam umiejętności, które pomogą im w karierze ochraniarza lub pomogą dostać się do wojska (w Chinach służba jest kontraktowa i mimo milionowej armii często jest 5 chętnych na każde wolne miejsce).

Mój nauczyciel uczy sporo dzieci w czymś w rodzaju szkoły kung fu, gdzie uczy się parę chińskich styli, ale akademia ta nie jest bynajmniej nastawiona na walkę (oprócz treningów sanda), tylko na szkolenie form i dzieci startują później w zawodach form tradycyjnych. Od razu trzeba wyjaśnić dlaczego dzieci w ogóle ćwiczą, jest to presja rodziców, ponieważ chcą, aby dzieci dalej studiowały, a start w zawodach daje im punkty, które można dołączyć do punktów z egzaminów i zwiększa to ich szanse na lepsze gimnazjum czy ogólniak czy studia. Niestety później te dzieci często przestają ćwiczyć i tak np. ostatnio paru uczniów dostało się na wymarzone studia i więcej na treningach się nie pojawili....

zdjęcia z wieczornego trenigu

W parku trenują głównie starsi nieco, tzn. powyżej 20-stki i ciężko jest zrobić podział na ćwiczących bojowo i dla zdrowia, bo 2 lata temu np. ja byłem jedynym, co chciał ćwiczyć bojowo.... w tej chwili jest grupa paru cudzoziemców i oni wszyscy chcą ćwiczyć bojowo, czego nie można powiedzieć o żadnym aktualnie chińskim uczniu mojego nauczyciela!!!!!

Oczywiście w innych grupach u innych nauczycieli sytuacja może odbiegać nieco od normy, ale niestety smutna prawda jest taka, że mało kto ćwiczy bojowo (Pekin) a i nauczyciele nie chcą naciskać, bo boja się, że żaden Chińczyk nie będzie chciał u nich ćwiczyć....

T.G.: Czy nauczyciele uczą cudzoziemców inaczej? Czy traktują ich ulgowo jak turystów i przekazują mniej materiału?

T.T.: Oczywiście, że uczą nas inaczej :)!!!! Często nawet lepiej :) ! Kwestie są dwie - tzw. turyści co przyjadą na parę dni czy miesiąc, nawet poznają materiał raczej okrojony i na niezbyt wysokim poziomie i w dodatku kasowani są straszne pieniądze... oczywiście zdarzają się całkiem profesjonalni "turyści" i oni uczą się normalne rzeczy, ale takich jest mniej niż 5%.

Obcokrajowcy, którzy zostają w Chinach dłużej, są często mile widzianymi uczniami z dwóch powodów: finansowego, płacą przez dłuższy czas za naukę, co przynosi mistrzowi korzyść, ale ważne jest też to, że od nich można dużo wymagać i często trenują dużo ciężej niż chińscy uczniowie, ponieważ często dlatego znaleźli się w Chinach, żeby właśnie trenować, więc nie chcą tracić czasu, chcą efektów. Chińczycy wychodzą z zasady: "nie nauczę się dzisiaj, nauczę się w przyszłym roku", oni mają czas.... Obcokrajowiec nie wie jak długo może zostać w Chinach, więc stara się swój czas wykorzystać jak najlepiej. Poza tym my nie boimy się zadawać pytań i domagamy się szczegółowych wyjaśnień, itd., itd., na co Chińczycy nigdy się nie odważą, bo cały ich system edukacyjny opiera się na słuchaniu nauczyciela i broń Boże nie wolno zadawać mu pytań. Może podam tu przykład z czasów mojej nauki chińskiego na chińskim uniwersytecie, kiedy nauczycielka obniżyła mi ocenę z egzaminu końcowego o 10% argumentując, że przez cały semestr ciągle zadawałem jej pytania podczas zajęć, tymże podważając publicznie jej umiejętności jako nauczyciela, bo przecież tak sugeruję, że nie rozumiem, więc ona jest złą nauczycielką! Od razu mógłby się ktoś spytać, w takim razie dlaczego nauczyciele kung fu się nie irytują. Po pierwsze część z nich pewnie tak, ale osładza im to kasa jaką płacimy i się na to godzą, ale moim zdaniem znaczna większość jest szczęśliwa, słysząc te pytania, ponieważ większość nauczycieli tradycyjnych, których poznałem jest tzw. starej daty, często urodzeni przed II wojną światową i wtedy szkolono ich inaczej, więc strasznie boli ich aktualny brak zainteresowania prawdziwym kung fu przez młodych Chińczyków, więc słysząc pytania, dopraszanie się o wyjaśnienia z naszej strony, są szczęśliwi, że ktoś wreszcie chce się tego uczyć. Uważam tak między innymi dlatego, że często zadawałem i zadaję pytania innym nauczycielom i wcale ja im za to nie płacę, a naprawdę widzę, jak im oczy rozbłyskają po co niektórych moich pytaniach i tracą sporo czasu, na objaśnienie mi czegoś, a przecież wcale nie muszą, nawet nie jestem ich uczniem.

T.G.: Czy wciąż istnieje grupa tzw. "wewnętrznych uczniów", których uczy się inaczej i wprowadza w głębsze aspekty systemu?

T.T.: To brzmi strasznie zachodnio jak dla mnie :). Czytałem takie historie w Necie i w czasopismach, ale nie widzę czegoś takiego na treningach. Jest się wprowadzanym w głębsze aspekty systemu, ponieważ osiągnęło się jakiś tam poziom, a i tak się ćwiczy ze wszystkimi o tej samej porze w tym samym miejscu :). Na przykład w tej chwili razem ze mną ćwiczą osoby, które ćwiczyły ponad 10 lat jak i takie co zaczęły miesiąc temu. Po prostu każdy ćwiczy w swoim "rogu", nauczyciel podchodzi, tłumaczy, obserwuje innych ćwiczących. Nawet jak ktoś podejdzie, kiedy nauczyciel objaśnia coś bardzie zaawansowanemu uczniowi, nie jest odganiany, bo to tajne i nie dla niego :). Mój nauczyciel (jak wielu innych, których spotkałem) mówi, że liczy się tylko ciężka praca i nie ma żadnych sekretów, jak ktoś opowiada o tajemnych technikach, to jest po prostu zwykłym naciągaczem....

Oczywiście w chińskim światku kung fu występuje pojecie "tudi", co oznacza niejako ucznia, który jest bliższy i bardziej uznany nauczycielowi, ale np. mój nauczyciel już nie stosuje tej tradycji i nikt nie jest jego tudi (również Chińczycy), część nauczycieli wciąż stosuje ten podział i często wygląda to tak, że tudi nie płacą za naukę, ale nawet w starych Chinach bycie tudi nie oznaczało, że ma się automatycznie wyższe umiejętności. Wielu znanych mistrzów o wielkich umiejętnościach, nie było tudi swojego nauczyciela z wielu względów kulturowych lub rodzinnych, a wielu tudi prezentowało żenujące wręcz umiejętności.

T.G.: Porozmawiajmy teraz trochę o baguazhang. Czym ten styl wyróżnia się z pośród innych sztuk walki? Jakie są jego najważniejsze cechy? Jakie ma wady i zalety?

T.T.: Na temat baguazhang pisałem już nieco w artykule "Dywagacje na temat baguazhang" dla twojego magazynu i opisałem tam pokrótce cóż to jest to baguazhang, jak i w artukule "Yin Fu" opisującym sylwetkę twórcy stylu baguazhang, który ćwiczę.

Co jest niepowtarzalne w baguazhang, to chodzenie po kole jako metoda treningowa wyrabiająca ciało i traktowana też przez wielu, jako ćwiczenie rozwijające siłę wewnętrzną. Trzeba tu od razu powiedzieć, że wielu niedouczonych "mistrzów" błędnie rozpowszechnia idee, że adept baguazhang powinien chodzić w kółko wokół swego przeciwnika! Nic podobnego!!!! Chodzenie w kółko jest metodą treningową, a w realnej walce czeka się na błąd przeciwnika i przechodzi mu się za plecy - i zajmuje to ze 3 kroki. Podstawowa i najważniejszą cechą baguazhang jest zmiana czyli "bian". Adept powinien płynnie reagować na wszelkie zmiany ruchu przeciwnika i zmieniać strategię walki w zależności do tego co się stało, a nie ślepo kontynuować co założył, czyli nasz ruch wypływa z tego, co zrobił przeciwnik. Jakie ma wady? Hmmmm .... oczywiście że żadne :) !!! Żartuję wszystko ma oczywiście wady i zalety. Moim zdaniem wadą jest pewnie mniejsza siła niż w stylach bardziej statycznych, ponieważ przez ciągłe poruszanie się (adept bagua uderza zawsze z krokiem), siła jest mniejsza, ale jesteśmy szybsi. Ok., od razy muszę przyznać, że spotkałem praktyków baguazhang, co mieli bardzo mocne pociągnięcie, ale moim zdaniem wprowadzili oni do swego baguazhang elementy innych styli i stali się bardziej statyczni. Wadą jest na pewno bardzo trudny trening podstawowy przez, który z treningu baguazhang rezygnuje mnóstwo osób. Przygotowanie ścięgien i mięśni do pracy takiej jaka przewiduje baguazhang, jest bolesne i nie każdy chce przejść tą drogę. Pamiętam, mój nauczyciel mówił mi (teraz słyszę jak powtarza to do innych, co zaczęli ćwiczyć): "Co? Boli? Dobrze że boli! Jakby nie bolało, to znaczy, że źle ćwiczysz :) !" - nie chodzi tu o sadyzm czy coś takiego, tylko że stanie w pozycjach, chodzenie po kole, na początku jest bolesne i to czasem bardzo, bo rozciągamy się w kierunku, w którym nigdy nie rozciągaliśmy (np. biodra - małe ścięgna przybiodrowe) i zapewniam, że nie ważne jakie sztuki walki robiło się wcześniej, start jest ten sam i ból ten sam, nic do tego nie może przygotować! Trzeba to przejść nie ma innego wyjścia :) !

T.G.: Na Zachodzie często opowiadana jest stara historia o długim pojedynku mistrza baguazhang i mistrza xingyi quan, którzy nie mogąc rozstrzygnąć, który z nich jest lepszy, zaprzyjaźnili się ze sobą i zaczęli współpracować. Panuje opinia, że oba style doskonale się uzupełniają, dlatego od tamtej pory uczniowie często poznają oba systemy. Jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście oba style są tak chętnie łączone? Jak to wygląda dzisiaj w Chinach?

T.T.: Tak czytałem tą historię, czy jest prawdziwa ciężko powiedzieć, ponieważ są różne wersje, kto był tym mistrzem baguazhang - Dong Haichuan (twórca baguazhang) czy jego uczeń Cheng Tinhua. Są też różne dane odnośnie czasu trwania pojedynku (niektórzy piszą nawet o dwóch dniach :) ). Faktem jest to natomiast, że Cheng Tinhua, mistrz zapasów chińskich shuai jiao, przyjaźnił się z mistrzami xing yiquan np. słynnym Li Cunyi (który był też podobno uczniem Dong Haiquan, inni twierdzą, że uczył się baguazhang od Cheng Tinhua, ale to sprawa dyskusyjna) i podobno były plany połączenia baguazhang uczonego przez Cheng Tinhua z xing yiquan w jeden styl. Dlaczego, ponieważ xingyiquan jest potężną bronią, ale niezbyt ruchliwą, z kolei baguazhang w wersji Cheng Tinhua czyli prozapaśniczej ma fajne rzuty, ale problemy z generowanie poweru w uderzeniach w linii prostej (jest bardzo kolista) i dlatego te style się dość dobrze uzupełniają. Do połączenia nie doszło, bo Cheng Tinhua zginął zabity przez niemieckich żołnierzy podczas zajęcia Pekinu w 1900 przez tzw. "8 armii". W tej chwili prawie każdy nauczyciel Cheng baguazhang ma pojęcie o xing yiquan, jedni większe, drudzy mniejsze, ale fakt faktem, że więcej nauczycieli baguazhang zna xingyiquan niż odwrotnie.

Mój styl Yin baguazhang pochodzi jak wspominałem od Lohan shaolin i mnóstwo w nim kopnięć i uderzeń, jak też ćwiczeń wykonywanych po prostej, w związku z tym nie słyszałem nigdy, żeby adepci tego stylu baguazhang trenowali xing yiquan, a powiem nawet więcej, wymieniając się uwagami z praktykami stylu xing yiquan, stwierdziliśmy, że wiele elementów jest wręcz przeciwstawnych i utrudnia w znacznym stopniu trenowanie tychże styli (xing yi quan i Yin baguazhang) wspólnie.

T.G.: Czy odwiedzałeś najbardziej znane historyczne ośrodki chińskich sztuk walki czyli klasztory Shaolin, Wudang, Emei? Jak prosperują one dzisiaj? Co zostało w nich z dawnych czasów?

T.T.: Nie widziałem osobiście Wudangu, ale spotkałem "mnichów" z tego ośrodka w Pekinie, gdzie mieszkali w Sheratonie i przyjechali się douczać baguazhang w Pekinie, które później reklamowali jako oryginalne wudang baguazhang...! Dlatego też nawet nie chciało mi się tracić czasu na wyjazdy do Wudang.

Shaolin to taka cepelia... mnóstwo pamiątek, płacenie za wszystko, szkoły przyklasztorne gdzie uczą "mnisi", którzy ukończyli tak naprawdę szkoły sportowego wushu i marzą o pracy w filmie :). Zgodnie z wytycznymi rządowymi prawdziwych mnichów w Shaolinie jest mniej niż 60, (nie pamiętam teraz dokładnej liczby, ale chyba 55), nie mają oni możliwości kontaktować się z cudzoziemcami i większość z nich nawet kung fu nie ćwiczy. Cudzoziemcy "ćwiczący w Shaolinie" nie mają prawa ćwiczyć w Shaolinie i zgodnie z rozporządzeniem rządowym są kierowani do szkół, mieszczących się nieopodal klasztoru, które to często mają niewiele z nim wspólnego. Naiwność cudzoziemców, ich nieznajomość chińskiego pozwala ich rolować i ciągnąć kasę. Żeby nie być gołosłownym podam link: http://www.ziranmen.com/homepage.htm. Proszę wejść na "master Liu", gdzie można przeczytać, że po skończeniu szkoły sportowej w Pekinie uczył w Shaolinie i jeszcze jest z tego dumny :). Tak to wygląda niestety i jest wspaniałą maszynką do robienia pieniędzy, dlatego też powstała druga taka instytucja jak Wudang, która nie uczy sportowego wushu i stylizuje się na tradycję, ale jest to wciąż ściema.

T.G.: Z tej naszej rozmowy wyłania się raczej dość smutny obraz obecnego kung fu w Chinach. Nikt nie chce ćwiczyć, prawdziwi mistrzowie nie maja komu przekazać swojej wiedzy, istnieje cała masa hochsztaplerów, którzy polują na naiwnych. Niektórzy na Zachodzie mówią, że kung fu już umarło. Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Czy nie daje się zauważyć niczego optymistycznego na początku XXI wieku?

T.T.: Szczerze myślę, że jest więcej niż źle... W ciągu 10 - 20 lat starzy mistrzowie odejdą z tego świata (mówię o tych urodzonych przed II wojna światową) i może się okazać, że nie mają żadnych godnych reprezentantów... Zresztą w zeszłym roku umarło trochę znanych mistrzów i raczej żaden z ich uczniów nie reprezentuje ich umiejętności. Oczywiście są wyjątki, ale to tylko wyjątki. Osobiście spotkałem tylko dwóch 40-parolatkow w Pekinie, o których umiejętnościach mógłbym powiedzieć, że są tak dobre jak starych mistrzów... W tej chwili widzi się tylko machanie form najwyżej godzinę dziennie i tyle... Żadnych nawet prób ćwiczenia do walki lub rozwoju. Jest tylko próba zachowania tego co było... Trudno mówić więc o talentach i genialności nowego pokolenia, skoro go brak... Jedynie szkoły sportowe produkują masowo absolwentów w specjalności wushu, ale oni często maja w pogardzie tradycyjne kung fu, w ogóle go nie rozumiejąc, tradycjonalistów udają jedynie, jak usiłują złapać zagranicznych klientów. Przypomina mi się od razy rozmowa z jednym obcokrajowcem, który zachwalał swojego nauczyciele ze szkoły sportowej, że może on zrobić pompkę z takim odbiciem, że staje wyprostowany i czy mój nauczyciel tak może zrobić, nie robi, to czemu jest mistrzem.... i zupełnie koleś nie rozumiał mojego pytania, do czego to przydatne....

Inny przykład kiedyś w chińskiej telewizji leciał taki serial dokumentalny, w którym prezentowali sylwetki pewnych mistrzów czy trenujących kung fu i był odcinek, gdzie pokazywano ludzi z małej wioski, których to tradycją było ćwiczenie walki kijem, paręnaście ruchów i ciągle jakby sparingi, widać było bardzo techniczne ruchy, wychodzące z ciała, bez żadnego biegania, podskoków i takich tam. I otóż odwiedziła tą wioskę grupka ćwiczących na uniwersytecie sportowym i dali piękny pokaz skakania i biegania z kijem i po pokazie wyszedł stary dziadek, kulejący na jedna nogę i bawiąc się kijem, udowodnił większemu od siebie, wysportowanemu młodzianowi z medalami na koncie, że nie ma on pojęcia jak blokować te ruchy i dziadek robił z niego bałwana :). Dlaczego o tym wspominam bo tak to wygląda, chiński rząd daje pieniądze na szkoły sportowe nie na tradycyjne kung fu, młodzi nie chcą ćwiczyć, bo marzą o amerykańskim stylu życia i pocenie się w parku, do tego snu nie należy, więc jak ktoś chce ćwiczyć kung fu zawodowo, to może iść tylko na uniwersytet sportowy i ćwiczyć sportowo z całym bagażem treningu sportowego i co powoduje brak podstawowej wiedzy o treningu tradycyjnym i późniejsze lekceważenie go całkowicie. Podam tu przykład takiego właśnie sportowca, który reklamuje się w pekińskich gazetach dla obcokrajowców, że uczy tradycyjne kung fu i ma już grupkę obcokrajowców wierzących w każde jego słowo i wizytując jego grupę zobaczyłem 9 osób na treningu, z których uczył 8 różnych styli!!!!! Oczywiście bez żadnego zhang zhuang (ćwiczenia stania), ćwiczeń podstawowych, po prostu od razu formy, jak zapytałem się o trening reakcji, np. pchające dłonie, to mnie wyśmiał i zaczął pokazywać techniki sanda jako zastosowania do form chen taiji!!!! Po czym zaoferował mi, że może mnie uczyć tego co uczy mój nauczyciel, bo ma jego książkę i on jako mistrz wie jak interpretować te fotografie i weźmie ode mnie mniej, niż mój nauczyciel bierze.... Nie chcę straszyć, ale taka jest przyszłość tradycyjnego kung fu....

Wystarczy spojrzeć na Koree, gdzie stare koreańskie style wymarły, bo rząd dawał jedynie pieniądze na taekwoondo i nie opłacało się ćwiczyć coś innego... Rozmawiałem na ten temat z Koreańczykiem ekspertem od walki mieczami, który odwiedzał Chiny w poszukiwaniu starych książek, bo starają się teraz odtworzyć koreańską walkę mieczem.... I tą samą drogą błędów podąża się teraz w Chinach.

Po raz kolejny, żeby nie być gołosłownym, podam przykład mojego nauczyciela, gdzie żaden z jego dwóch synów nie ma ochoty ćwiczyć, bo to nie licuje z ich pozycją zawodową, wolą grać w golfa... Jednocześnie żaden z chińskich uczniów mojego nauczyciela nie jest zainteresowany walką i jak usiłuję rozmawiać z nimi na temat użyteczności baguazhang, to patrzą na mnie jak na niespełna rozumu.....

T.G.: Czyli wychodzi na to, że za kilkanaście lat w Chinach tylko cudzoziemcy będą uczyli tradycyjnego kung fu, bo teraz tylko oni chcą się tego uczyć i tylko oni przejmują tą wiedzę od ostatnich mistrzów. Czy nikt w oficjalnych kręgach rządowych tego nie zauważa? Czy sport całkowicie przesłania im wszystko?

T.T.: Tak jest, to bardzo możliwe, że za kilkanaście lat tylko cudzoziemcy będą znali tradycyjne kung fu, ale nie wierzę, że będą się Chińczycy chcieli od nich uczyć... Wiesz, będąc w Chinach człowieka (moim zdaniem i większości moich znajomych) najbardziej denerwuje puszenie się Chińczyków... Oni uważają, że są najwspanialsi i najmądrzejsi na świecie i nawet robotnik ze wsi, który nigdy nic nie ćwiczył, a wiadomości o kung fu ma z chińskich seriali telewizyjnych, będzie uważał, że wie o kung fu więcej od Ciebie tylko dlatego, że on jest Chińczykiem... Panuje powszechne przeświadczenie, że biali nie nauczą się kung fu, bo są obcokrajowcami. Ot taka teoria, ja sam usłyszałem na jednym z początkowych treningów od jednego z uczniów mojego nauczyciela, że nie ważne jak długo będę ćwiczył, to i tak nie będę tak dobry jak oni, bo nie jestem Chińczykiem... Naprawdę warto było ciężko ćwiczyć i widzieć tę minę obrażoną za każdym razem, jak nauczyciel prosi mnie, żebym ich poprawiał... :).

Ja nie jestem zakochany w Chinach i chińskiej kulturze jak wielu sinologów, nie podnieca mnie to, że kiedyś Chińczycy byli potężni i tacy mądrzy, jako ekonomista z wykształcenia patrzę tu i teraz i niestety jest to koszmar... Mówimy o tradycyjnym kung fu oczywiście... Co do kręgów rządowych to nikogo to moim zdaniem nie obchodzi, bo oni nie myślą w kategoriach ochrony tradycji, dobijające jest też to, że mimo że prawie wszystkie style tradycyjne mają swoje organizacje i wielu nauczycieli tradycyjnych do nich należy, to nie potrafią oni ze sobą współpracować dla dobra ogółu, liczy się tylko prywata i mają poczucie nieśmiertelności, nie potrafią dopuścić do siebie myśli, że odchodzą....

Trzeba może powiedzieć, że powszechnie uważa się, że w Chinach jakieś 30 lat temu ludzie umierali z głodu, teraz jest względny dobrobyt i są spore możliwości zrobienia pieniędzy, więc tradycyjne kung fu nie cieszy się żadną estymą... Sportowe wushu, które ma poparcie państwa, zostało dyscypliną olimpijską, daje poczucie stabilności materialnej i jakąś tam karierę i nie oszukujmy się, o takiej karierze marzą pochodzący z prowincji, bo dla nich to jest awans społeczny... W takiej sytuacji społecznej, gdzie nie dba się o wiele innych spraw, jak choćby zabytki na prowincjach, cos takiego nienamacalnego jak tradycyjne kung fu po prostu umyka uwadze, zwróci się pewnie na to uwagę, jak będzie za późno....

zastoswoania baguazhang

T.G.: Sun Lutan, mistrz baguazhang i xingyiquan, po zapoznaniu się z taijiquan, na bazie swoich doświadczeń w sztukach walki stworzył styl sun taijiquan. Wspominałeś, że na baguazhang miały ogromny wpływ różne inne sztuki, między innymi "zewnętrzne" lohan shaolin i shuai jiao, a także "wewnętrzne" xingyiquan. Czy słyszałeś o jakiejś odmianie baguazhang, która byłaby zainspirowana taijiquan?

T.T.: Sun Lutang owszem stworzył swój styl taiji, ale ten styl jest bardzo podobny do pierwowzoru, to jest taiji rodziny Wu, którego się uczył. Co do jego baguazhang, to można mieć sporo zastrzeżeń, bo było zbyt "zxingyiquowane", jak patrzy się na jego zdjęcia w jego książce i dzisiejszych praktyków jego stylu widać, że znacznie je uprościł z punktu widzenia "ciała bagua" i jest to bardzo xing yi.

Jest taki styl jak taiji baguazhang, ale niewiele umiem na jego temat powiedzieć, wygląda to dla mnie jak jakaś odmiana taiji i zbyt mało baguazhang jak dla mnie. Należy jednak podkreślić, że jest to styl "nowy", ponieważ nikt z pierwszych uczniów Dong haichuan nie tworzył czegoś takiego, również Sun Lutang uczył się od ucznia Donga: zapaśnika Cheng Tinhua.

T.G.: Czy oprócz nauki u swojego nauczyciela studiujesz też jakieś stare traktaty poświęcone baguazhang? Czy dużo jest tego typu literatury? Czy mógłbyś polecić coś dobrego, co ukazało się w jakimś zachodnim języku?

T.T.: Aż wstyd się przyznać... ale nie bardzo... :). Mój nauczyciel uważa, że studiowanie ich przynosi więcej strat niż pożytku! Dlaczego? Ponieważ nasze ciało nie jest gotowe na informacje, które dzięki tym traktatom przyswajamy! Co z tego, że wiem, że energia czy jakiś element ma tak czy inaczej działać, skoro nie umiem tego, więc zaczyna się frustracja w moim umyśle (podświadoma często) i zaczynają się problemy, bo chcąc na siłę osiągnąć dany efekt, coś tam kaleczę. Podam jeden przykład (proszę od razu o wybaczenie za podawanie siebie jako przykładu, naprawdę nie jestem osobą, która uważa, że pozjadała wszystkie rozumy i zdaję sobie sprawę, że mnóstwo pracy przede mną :) ): otóż poszedłem z moim kolegą, też obcokrajowcem do innego nauczyciela specjalizującego się bardziej w neigongu. Mój znajomy nie bardzo słucha naszego wspólnego nauczyciela, czyta jakieś księgi, podnieca się jakimiś punktami i ogólnie ma przepełnioną głowę teorią i ciągle wypomina mi, że powinienem się na tym bardziej skupić, bo jego zdaniem gubię prawdziwy obraz sztuki. Jak trafiliśmy do mieszkania tego innego nauczyciela, zaczął nas sprawdzać i wyszło na to, że oświadczył mojemu koledze, że on nie ma w ogóle neigongu i polecił mu brać przykład ze mnie.... :). Chłopak był prawie załamany, nie mógł zrozumieć dlaczego, zaczął rzucać nazwami punktów, na których on się skupia i tylko rozbawił tego nauczyciela, który stwierdził, że za dużo czasu poświęca on na myślenie, a za mało na ciężki trening ciała, co jest błędem wielu początkujących (ja też po ponad 3 latach treningu uważam się za początkującego i tak patrzy na mnie mój nauczyciel), którzy myślą, że osiągną po prostu umiejętności przez zrozumienie jak to działa, co jest po prostu błędne.

Wielu aktualnie ćwiczących nie zdaje sobie sprawy, że starzy mistrzowie byli często niepiśmienni!!!!! Większość książek o kung fu została w Chinach podyktowana, a nie napisana!!!! Np. mistrz mojego nauczyciela Liu Zhenlin nie potrafił napisać nawet swojego nazwiska, co nie przeszkadzało mu osiągnąć mistrzostwa w baguazhang.

Same baguazhang ma tzw. pieśni baguazhang, dwa zestawy, podstawowy 36 pieśni i niby zaawansowany 48 pieśni. Były one przekazywane ustnie przez uczniów, jako że ci również byli niepiśmienni :). Ktoś może powiedzieć, że oni przecież poznawali te pieśni, więc czemu ja mówię, że są nie przydatne... Cóż oni je poznawali, ale wtedy kiedy nauczyciel uznał, że są gotowi na kolejny kawałek, więc nie wyprzedzali swojego postępu, nie mieli "głupich myśli" :).

Dzisiaj większość chcących ćwiczyć wewnętrzne sztuki walki, tak się ładuje teorią z różnych książek, że później nie sposób im tego wybić z głowy i wykłócają się ze swoimi nauczyciela na ten temat mimo, że nic nie potrafią zrobić....

Co do książek wydanych na zachodzie, to większość to śmieci napisane przez "turystów" i raczej polecałbym ciężki trening pod okiem prawdziwych specjalistów, ale powiedzmy to sobie od razu, w Polsce takich od baguazhang nie ma!

T.G.: A jak jest bronią w baguazhang? Czy mógłbyś coś na ten temat powiedzieć?

T.T.: Jak każdy styl kung fu również baguazhang posiada w swoim arsenale mnóstwo dziwnych broni. W sumie charakterystyczne dla baguazhang jest to, że szabla i miecz baguazhang są strasznie długie i ciężkie, bo ok. 4,5 kg. Moja szabla sięga od ziemi do mostka, a mam 184 cm wzrostu. "Machanie" takim sprzętem naprawdę rozwija fizycznie :). Formy z bronią składają się z 8 części (jak każda forma baguazhang zresztą) i pomiędzy częściami chodzi się w kółko. Jest to o tyle fajne, że można płynnie zmieniać rękę (są specjalne ruchy zmian, które pozwalają na płynną zmianę ręki, co daje fajny element zaskoczenia) i powtarzać ten sam element płynnie, wiele razy bez przerywania wykonywania formy. Jako że szabla i miecz jest ciężka, doskonale wpływa na pracę całego ciała, ponieważ nie da się machać nią po prostu ręką, bo jest za długa i za ciężka, więc od razu widać czy się dobrze ciałem pracuje. Ponieważ taka szabla jest niejako przedłużeniem ręki i nasze ciało ją prowadzi, nie ma żadnych młynków szablą, są raczej cięcia z obrotami. Inną charakterystyczną bronią są tak zwane pędzle śmierci - ich nazwa pochodzi od pędzla, którym w dawnych Chinach sędziowie podpisywali wyroki śmierci. Jak widać na załączonym zdjęciu, wyglądają one jak pędzle do kaligrafii. Pierścień jest obrotowy, co pozwala na obrócenie ich w dłoni w razie potrzeby. Jest to charakterystyczna broń stylu Yin i występuje tylko w tej odmianie baguazhang. Różne style baguazhang posiadają inne rodzaje broni, ale najwięcej ich chyba i najdziwniejszych kształtów ma styl Liang. Trzeba tu podkreślić, że mimo tych różnic w stylach i różnych broni prawie wszyscy nauczyciele baguazhang, których udało mi się spotkać zaczynają naukę broni od szabli, która doskonale rozwija ciało adepta.

"pędzle śmierci" baguazhang

T.G.: Czy w baguazhang używa się także długiej broni jak włócznia i halabarda? Czy występują jakieś bronie podwójne, gdzie walczy się obydwiema uzbrojonymi rękami?

T.T.: Akurat w wersji, którą uczy mój nauczyciel, nie ma halabardy, ale występuje ona w innych stylach baguazhang, np. wspomnianym Liang. Mamy włócznię zarówno z ostrzem tylko bo jednej stronie jak i długą włócznię, która ma ostrza na obydwu końcach. W baguazhang występują oczywiście bronie podwójne tradycyjne jak wszędzie, tzn. np. podwójne szable i bardziej "baguawate" jak wspomniane przeze mnie pędzle śmierci i tzw. "księżyce" (chińska nazwa ziwu yuanyang yue), które też widać na zdjęciach. Trzeba powiedzieć, że w treningu baguazhang przykłada się dużo starań do równomiernego treningu obu stron ciała, więc zarówno lewa strona jak i prawa powinna ruszać się tak samo i to dotyczy również broni.

"księżyce" baguazhang (ziwu yuanyang yue)

T.G.: Jaka broń uważana jest za królową baguazhang? Co jest najtrudniejsze do opanowania?

T.T.: Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie... Niektórzy mówią, że szabla. Z drugiej jednak strony ulubioną bronią Yin Fu były pędzle śmierci, Cheng Tinhua zaś księżyce, wiec nie jest to tak jasno zdefiniowane.

T.G.: Czy w baguazhang występują techniki nożne z wyskoku czy zawsze stoi się na ziemi?

T.T.: W baguazhang nie ma żadnych kopnięć z wyskoku! W baguazhang energię (jinr) bierzemy niejako z zakorzenienia i ruchu i to samo wiąże się z kopnięciami, więc oderwanie obu nóg od siebie powoduje utratę "korzenia".

T.G.: Czy w baguazhang wykonując uderzenia lub kopnięcia używa się głosu, np. okrzyk lub głośny dynamiczny wydech powietrza?

T.T.: Nie. W teorii baguazhang usta są zawsze zamknięte, język dotyka podniebienia, co ma wytłumaczenie mistyczne - przepływ qi i normalne - w ten sposób otwierają się kubki ślinowe i zaczyna się produkcja śliny, więc ślina powinna zacząć spływać do gardła, co w czasie potencjalnej walki powoduje, że nie ma się wyschniętego gardła i patrząc po swoich doświadczeniach, jakoś mniej się sapie :).

T.G.: Czy kobiety chętnie ćwiczą baguazhang? Jak jest z procentowym ich udziałem w treningach? Czy ich ćwiczenia różnią się czymś? Czy występują jakieś specjalne praktyki dla nich?

T.T.: Czy chętnie ćwiczą to nie wiem, raczej nie.... W sumie mój nauczyciel ma całkiem pokaźne stadko uczennic, co jest raczej wyjątkiem, ale one wszystkie machają formy i startują w zawodach form tradycyjnych i ich trening jest na to ukształtowany. Nie ćwiczą nic prowalkowego, nie potrafią użyć tego co ćwiczą, bo nie są zainteresowane, wirują po prostu jak takie małe bączki i to naprawdę ładnie wygląda! Ich formy zostały niestety wyczyszczone z wszelkich małych ruchów, bo sędziowie ich nie widzą, więc wykonują one takie obszerne ruchy jak wiatraki :). Wszystkie one ćwiczą od dziecka i zapewniam, ze żadna Polka nie chciałaby wyglądać jak one.... Grube potężne uda, szerokie pupy.... jest to efekt uboczny ich treningu.... Mimo, że w Chinach nie zwraca się za bardzo uwaga na figurę dziewcząt (to się powoli zmienia w dużych miastach), wystarczy mieć ładną twarz, to mimo tego żadna z uczennic mojego nauczyciela nie ma chłopaka.... a są teraz 20-paroletnie....

Musze powiedzieć, że w Chinach nigdzie nie widziałem takich ilości kobiet ćwiczących style wewnętrzne jak na Zachodzie! Bierze się to z prostej przyczyny, że w Chinach ten trening nawet "dla zdrowia" wiąże się z treningiem podstaw czyli nóg i nie wiem jaka panna w Polsce chciałaby mieć więcej w udzie od swojego chłopaka :). Dla uściślenia mówiąc style wewnętrzne, nie mam na myśli uproszczonego taiji 24 lub 48 ruchów, które ćwiczy mnóstwo głównie starszych kobiet w parkach.

T.G.: Czy w treningu baguazhang wykorzystuje się ćwiczenia na manekinach lub workach?

T.T.: W sumie teoretycznie powinien :). Niestety z powodów jakie już przedstawiałem, tzn. ogólnego poziomu tradycyjnego kung fu w Pekinie, mało komu chce się to robić. W starych książkach można znaleźć rysunki przedstawiające manekiny do treningu, mój nauczyciel opowiadał mi o przyrządzie, który miał zainstalowane jakby takie cztery "gruszki bokserskie", ale różnica polegała na tym, że były one instalowane w poziomie, nie w pionie i tworzyły coś w rodzaju ringu, trzeba było się poruszać i uderzać jednocześnie i unikać ruszających się "piłek". Sam w tej chwili posiadam manekina drewnianego, przerobionego z wingchunowego manekina, ma on przedłużone ręce do 50 cm, wyżej nogę, bo traktuję ją jako biodro. Używam też worka, ale zgodnie z wskazówkami mojego nauczyciela jest to niewielki worek z piaskiem jakieś 7 kg, który ma za zadanie też się poruszać, więc trzeba dynamicznie wokół niego chodzić, uderzać i unikać.

T.G.: Czy stosuje się jakieś specjalne metody utwardzania kończyn?

T.T.: Tradycyjne, ale żadne specjalne :). Po prostu zwykłe uderzania w drzewo. Ale muszę tu od razu podkreślić, że to nie jest jakieś walenie całą siłą!!!! To bardzo spokojne uderzanie, nie starając się czegoś uszkodzić!!! Głównie dotyczy to przedramion, dłoni, barków, bioder, pośladków. Nie utwardzamy golenie, ponieważ nie blokujemy nimi, ani nie kopiemy, więc jest to niepotrzebne.

Mój nauczyciel podkreśla, że stare metody utwardzania kończyły się często kalectwem i on obserwował takich ludzi, jak był młody, ze zniszczonymi dłońmi, które trzęsły się jak po reumatyzmie, więc przestrzega on zawsze przed nadgorliwością w utwardzaniu się! W dzisiejszych czasach nie potrzebujemy mięć aż tak utwardzonego ciała, żeby aż doszło do degeneracji nerwów czy tkanek, nie musimy umieć zabić jednym ciosem z prostej przyczyny, że pójdziemy do więzienia....

Przy okazji chciałbym obalić od razu mit specjalnych ziół, które należy używać po utwardzaniu. Te preparaty dalej sprzedaje się i można je bez problemu dostać w chińskich aptekach, służą do leczenia siniaków i nadwyrężeń i nie są one niczym specjalnym i np. trzeba wiedzieć, że pochodzą one w większości z południa Chin i np. w klimacie gdzie występuje normalna zima, nie bardzo działają :). Jak ktoś znajdzie się kiedyś w takim klimacie bez zimy (np. południe Chin, Tajlandia), to szybko zauważy, że każde głupie stłuczenie ciągnie się i ciągnie, każdy siniak nie znika tygodniami, te lekarstwa powodują przyspieszenie okresu gojenia, wpływając na nasz organizm, jakby przyspieszając przemianę, ale w klimacie takim jak w Polsce czy w Pekinie gdzie występuje normalna zima, nasze ciała działają inaczej i głupi siniak nie widnieje przez parę tygodni. Zapewniam natomiast, że wbrew internetowym historiom nie istnieją żadne zioła, które pozwalają utwardzać się "do krwi", potem posmarować i wszystko będzie OK.

T.G.: Czy występują jakieś różnice pomiędzy baguazhang, a stylami "zewnętrznymi" w podejściu do wykorzystania manekinów i utwardzania? Czy w takiej praktyce jest coś charakterystycznego, czym wyróżnia się tylko baguzhang?

T.T.: W sumie nie wydaje mi się, cóż oczywiście nie staramy się robić tak twardo, pewnie jest większa praca talii i koliste ruchy przedramion, wytłumiające w pewnym sensie impact uderzenia.

T.G.: Jakie cechy baguazhang sprawiają,że zalicza się go do tzw. "wewnętrznych" styli? Jak ważna jest praca "w środku" i co ona oznacza?

T.T.: W sumie to co to są style wewnętrzne a co zewnętrzne :). Ktoś tak zaliczył i tak zostało. W sumie baguazhang jest ciekawym stylem, bo neigong osiąga się niejako jako cel uboczny, tzn. jak prawidłowo się ćwiczy, wyrobi się prawidłową strukturę ciała, to neigong przychodzi sam. Nie trzeba skupiać się na oddychaniu właściwie ponieważ w przypadku prawidłowej struktury ciała, nie można oddychać źle :), po prostu się nie da :). Tak wiec musimy wyrobić właściwą strukturę ciała, po prostu cierpliwie ćwiczyć.

T.G.: Wspominałeś o dużych modyfikacjach, wprowadzanych przez różnych nauczycieli baguazhang. Gdzie leży granica zmian? Jak ocenić co jeszcze jest baguazhang, a co już nim nie jest? Czym jest tradycyjny baguazhang i prawdziwy tradycyjny trening?

T.T.: Gdzie leży ta granica ciężko powiedzieć.... Często zdarza się tak, że nauczyciele wywodzący się od tego samego nieżyjącego już mistrza, uczą inaczej.... i jak tu powiedzieć kto z nich ma rację.... Podstawą baguazhang jest zmiana, więc teoretycznie każdy z nich ma racje. Oczywiście pewne style charakteryzują się pewnymi cechami, jak ktoś miesza za dużo, po czym wmawia innym za dużo, że to jest tradycyjne i on się tak uczył, to już przekroczył tą granicę. Jeżeli potrafi podać jak uczył jego mistrz i jakie on zmiany wprowadził, to jeszcze ma jakiś sens. Gorzej jak zmiany wprowadzają turyści po kilkunastu dniach ćwiczeń. Ja, np. bo jestem wysoki, jestem uczony inaczej niż ktoś mały i np. bardzie masywny. Wykorzystujemy oboje później zasady baguazhang ale inaczej, bo nasze ciała są inne, więc staramy się wykorzystać najlepiej co robimy. Oczywiście prawdziwy tradycyjny trening skupi się na podstawach i wyrobieniu prawdziwej siły ciała, a nie na machaniu form bezsensu.

zastoswoania baguazhang

T.G.: Często słyszy się opinię, że z trójki najsłynniejszych styli wewnętrznych xingyiquan jest najłatwiejszy i przynosi najszybsze efekty bojowe, a taijiquan jest najtrudniejszy i realne umiejętności walki pojawiają się najpóźniej. W tym "rankingu" baguazhang umieszcza się w środku? Co sądzisz o tej opinii? Ile czasu potrzeba, aby móc skutecznie użyć baguazhang w walce?

T.T.: Wypada się zgodzić z tą opinią, ale należy od razu podkreślić, że xingyiquan osiąga się najszybciej po prostu zewnętrzny aspekt stylu i daje to jakieś pojęcie o wykorzystaniu, ale droga do uwewnętrznienia tego jest wciąż daleka. Taijiquan trzeba powtarzać i powtarzać i powtarzać i coś z tego kiedyś będzie i niewiadomo kiedy :). Baguazhang ma natomiast najtrudniejsze podstawy do opanowania z tych trzech styli, ponieważ są po prostu bolesne i jest ciężko wytrenować te elementy i wiele osób rezygnuje.

T.G.: Czy słyszałeś coś o sztukach łączących najlepsze elementy: xingyiquan, baguazhang i taijiquan? Co sadzisz o takich pomysłach?

T.T.: Jak pisałem już poprzednio, nie da się często połączyć elementów tych że sztuk.... Są przeciwstawne! Dlatego dla mnie też to reklamowa ściema.

T.G.: Czy w Chinach oprócz imprez typowo sportowych odbywają się także jakieś ciekawe "pokazy-spotkania" wielkich ekspertów "wewnętrznych" sztuk walki, gdzie można zobaczyć starych mistrzów i spotkać się z nimi bezpośrednio?

T.T.: Raczej nie... :(, co prawda w 2001 roku uczestniczyłem w tradycyjnym turnieju baguazhang w Huirou, gdzie udało mi się poznać paru ekspertów baguazhang, których nie znałem wcześniej, ale było to jedne tylko takie spotkanie i jak jestem 4 lata w Chinach nie zdarzyło się ponownie.... :(. Do ekspertów muszę docierać sam, szukając, pytając i nie jest czasami prosto ich znaleźć, często wszyscy słyszeli o nauczycielu X, ale nikt nie wie gdzie on mieszka lub uczy. Kiedyś zupełnie przypadkiem oglądając w sumie niezbyt interesujący trening Shaolin w jednym z parku, zostałem zagadnięty przez instruktora czy coś ćwiczę, jak usłyszał, że baguazhang to poznał mnie z jednym znanym i starym nauczycielem, którego mój znajomy szukał przez naprawdę długi czas i nie mógł znaleźć. Często po prostu dużo zależy od szczęścia.

T.G.: Co mógłbyś powiedzieć osobom, które chcą iść Twoim śladem i wyruszyć do Chin uczyć się kung fu u "źródła"?

Aż się boję coś napisać.... :), potem będzie na mnie :). Prawda jest taka, że radziłbym porzucić płonne nadzieje, że się pojedzie do Chin na dwa tygodnie czy miesiąc czy nawet pół roku i się będzie mistrzem.... Nie obrażając nikogo, to mamy w Polsce mnóstwo takich instruktorów, co byli na dwóch, trzech "wycieczkach" w Chinach i nagle mistrzami są.... :). Trzeba z nauczycielem spędzić te co najmniej dwa lata ciągłego treningu pod jego nadzorem i potem można się "wycieczkować" co roku. W Polsce mamy zbyt wielu instruktorów, którzy machają formy aerobowo, potem w sparingach stosują jakieś popłuczyny po thai boxingu lub kick boxingu i wmawiają uczniom, że to tak powinno być, nie znają zastosowań, nie maja struktury ciała charakterystycznej dla styli, które niby mają reprezentować. Prawda jest taka, że wielu osobom się wydaje, że kung fu to jakieś sekretne siły, co ktoś powie jak to się robi i potem nagle budzimy się mistrzem.... :)! Nic bardzie mylnego, po prostu ciężka praca i tyle i pewnych elementów nie da się przeskoczyć!!!!

Dlatego też udających się do Chin, chciałbym po prostu przestrzec przed nadmierną naiwnością i być może zaoszczędzić im pieniędzy... albo planuję wyjazd na serio, myślę o 2, 3 latach minimum albo dajmy sobie spokój....

T.G.: Na początku swojego pobytu w Chinach pisałeś różne artykuły na temat kung fu, na przykład do magazynu "Świat Nei Jia", a potem zaprzestałeś tego i udzielasz się już tylko na różnych forach dyskusyjnych. Dlaczego tak się stało? Czy zamierzasz powrócić jeszcze do pisania tekstów?

T.T.: Szczerze mówiąc na początku pobytu w Chinach błyskałem entuzjazmem naprawy świata, chciałem pisać, aby inni wiedzieli jak to jest naprawdę, teraz mi przeszło.... :). Po moich artykułach w "Świecie Nei Jia" dostałem też sporo maili od naszych rodzimych "mistrzów", niektóre nawet z groźbami, bo psuję rynek... :). Nie pisali do mnie natomiast ludzie z myślą, dla których te artykuły powstały, więc po przemyśleniu paru spraw stwierdziłem, że to nie ma sensu... Bo np. po co pisać artykuły na temat baguazhang, jak nie ma w Polsce nauczycieli tradycyjnego baguazhang (tzn. jest jeden "sportowy" Chińczyk w Polsce, który ma jakąś grupę baguazhang, ale to czego on uczy, to jest sportowe uproszczone baguazhang rodem z Pekińskiego Uniwersytetu sportowego), więc jaki ma sens pisanie o tym... jako że nie planuję kariery "mistrza", to nie widzę sensu, żeby to propagować... Z drugiej strony pisanie o metodach treningowych, które nie da się trenować bez nauczyciela i później jakieś małolaty zaczną to robić... wolę raczej nie... Wiesz niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ćwiczenie nawet prostych qigongów bez nadzoru wykwalifikowanego nauczyciela, może być opłakane w skutkach.... W Pekinie jest specjalny szpital dla ofiar qigongów, medytacji i takich tam.... A później czytam w internecie, jak maniacy medytacji i oddychania opowiadają, że ją cwiczą na koniec trenigów i żaden z nich nawet nie zdaje sobie sprawę, że po wysiłku fizycznym takie ćwiczenia oddechowo-medytacyjne się w ogóle nie wykonuje!!!!! Trzeba poczekać na wyciszenie i uspokojenie się organizmu, co zajmuje jakieś pół godziny!!!!! To podstawowa zasada jaką uczą wszyscy wykwalifikowani nauczyciele qigongu w Chinach!!!!!

Co do różnych forów to sprawa jest prosta...: nudzę się czasami w pracy :). Pracuję w marketingu i trzeba czasami czekać na projekty, więc serfuję po necie.

ćwiczenia tuishou
z 62letni mistrzem Xu ShiXu

T.G.: Z tej naszej rozmowy wynika kilka faktów. Po pierwsze, w Chinach tradycyjne sztuki walki chylą się ku upadkowi. Po drugie, schedę po wielkich mistrzach przejmują tylko cudzoziemcy, bo nikt inny nie jest tym zainteresowany. Po trzecie, Ty jesteś jednym z nielicznych, którzy dostają ostatnie kawałki wiedzy. Jakby na to nie patrzeć, to duża odpowiedzialność. Co Ty na to :)? Czy myślisz o przekazaniu tego innym w przyszłości? Czy zastanawiałeś się nad nauczaniem kiedyś baguazhang?

T.T.: Hmmm tak wynika.... No nie aż tak chyba, tzn. tradycyjne walki chylą się ku upadkowi to na pewno, ale jak wspominałem mówię z perspektywy Pekinu i z tego co słyszałem to na prowincji wciąż się ćwiczy z powodów, o których wspominałem poprzednio, po prostu są biedni i mają czas, więc z nudów ćwiczą, często chcą dostać się do wojska czy jakichś innych służb mundurowych. Zupełnie inaczej jest w Pekinie, gdzie w tej chwili, młodzi Pekińczycy to najchętniej taekwoondo by ćwiczyli, bo maja takie fajowe ubranka, króluje Amerykański styl życia i gry komputerowe...

Co do cudzoziemców przejmujących schedy po wielkich mistrzach, to uważałbym na to stwierdzenie, bo jednak mało ludzi znam, którzy mogliby tak o sobie uczciwie powiedzieć.... bo który z cudzoziemców ćwiczył ze swoim nauczycielem ponad 10 lat i to pod ciągłym nadzorem.... bardzo, bardzo niewielu... Większość mistrzów internetowych kreujących się na spadkobierców, prywatnych, osobistych uczniów itd., ćwiczyło na krótkich wyjazdach i tyle, więc nie mogę się po prostu zgodzić z tym co napisałeś. Powiedzmy, że tradycyjne sztuki wymierają to prawda, prawdą jest też to, że cudzoziemcy często ćwiczą częściej i ciężej niż Chińczycy, ale że zostają spadkobiercami, to bym się nie za bardzo zgodził.... Większość cudzoziemców ma dobry poziom po 2, 3 latach i zaczyna uczyć w swoich krajach, ale czy jest to poziom ich nauczycieli, raczej nie.... Jak już wspominałem nawet ćwicząc te 3 lata w Chinach, wciąż się jest początkującym, szczególnie w stylach wewnętrznych, więc jak tu mówić o spadkobiercach. Czy jestem jednym z nielicznych, co zdążyli się załapać.... nie raczej nie, jest mnóstwo cudzoziemców w Chinach, którzy ćwiczą tutaj chińskie sztuki walki, więc nie mogę się również z tym stwierdzeniem zgodzić. Jednym z niewielu Polaków, który tu mieszka i ćwiczy baguazhang to na pewno, ale na Polsce świat się nie kończy :). Z drugiej strony fakt faktem, że zdążyłem się załapać w prawie ostatniej grupie. Co do uczenia, to ja już wspominałem, że nie planuję kariery "mistrza", ja ćwiczę, bo lubię to robić, czuję się dobrze po treningach, piszę w necie, bo nudzę się w pracy, nie bo zaczynam sobie reklamę robić... :).

Nie rozumiem też dlaczego piszesz o wielkiej odpowiedzialności..., nie poczuwam się do żadnej! Ja powiedziałem mojemu nauczycielowi, że nie planuję uczyć, wracać do Polski i zajmować się trenowaniem innych, był zaskoczony, bo raczej nie spotyka wielu takich cudzoziemców, ale stwierdził, że rozumie o co mi chodzi i bynajmniej nie wpłynęło to na nasze relacje, ani nie przekonuje mnie on, że to jakaś moja odpowiedzialność, że muszę kogoś uczyć.... Czasami pomagam mu uczyć początkujących i sam widzę, że nie lubię tego robić, więc nie zachęca mnie to bynajmniej do zmiany decyzji. Zapewniam też, że bajką reklamową są hasła stosowane przez Zachodnich "mistrzów", że on musi uczyć, bo tak obiecał swojemu nauczycielowi....

Ja może kiedyś będę kogoś uczył, nie mogę tego wykluczyć, ale będzie to pewnie na emeryturze, jak za dużo czasu wolnego będę miał i się będę nudził :).

ćwiczenia tuishou z 90-letnim mistrzem
Yin Bagauzhang Yang Kun

T.G.: Moje poprzednie pytanie opierało się na pewnych uproszczeniach, aby bardziej czytelnie przedstawić to co się dzieje teraz w Państwie Środka, a sytuacja niestety nie jest wesoła. Jak sam powiedziałeś w pierwszej części rozmowy, trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, aby trafić do Chin. Jeszcze więcej pomyślnych okoliczności musi się zdarzyć, aby trafić tam na odpowiedniego nauczyciela, bo niewielu ich już zostało. Znacznie gorsza jest dzisiaj sytuacja mistrzów. Muszą mieć jeszcze więcej szczęścia, aby znaleźć uczniów, którzy cierpliwie i z olbrzymim zaangażowaniem będą przez długie lata ćwiczyli kung fu. Uczeń poszukujący nauczyciela, wie gdzie go znaleźć. Na Twoim przykładzie widać, że gdy jest się naprawdę mocno zdeterminowanym, sprawa jest w miarę prosta. Sytuacja mistrzów jest nieporównywalnie trudniejsza, nie wiedzą, gdzie mają szukać swoich uczniów. Zdani są tylko na los. Muszą cierpliwie czekać i liczyć, że ktoś (na przykład z drugiego końca świata) się jednak pojawi i przejmie ich "skarb", a następnie przekaże go następnemu pokoleniu. Za 50 lat może się okazać, że przetrwa tylko kilka styli kung fu i to nie dlatego, że były najlepsze i szczególnie cenne ale, że jakimś "dziwnym" splotem wydarzeń przyciągnęły do siebie ludzi, którzy byli w stanie przekazać je kolejnej generacji. Może się zdarzyć, że baguazhang nie będzie na tej liście. Co Ty na to?

T.T.: Obawiam się, że masz racje... :(. Wiesz odmiana baguazhang, którą ja ćwiczę, ma w tej chwili niewielu praktyków w Pekinie, zbyt kanciasta, nie nadaje się pod zawody form, więc po co ją ćwiczyć... Odmiana Cheng pochodząca z zapasów, jest bardzo popularna, ma wielkie koliste ruchy, ładnie wygląda, posłużyła jako podstawa do opracowania uproszczonych form baguazhang, nauczanych w chińskich szkołach sportowych i robiona powoli i majestatycznie przypomina taiji, więc świetnie się nadaje do uczenia kolejnych pokoleń miłośników New Age i szeroko rozumianego zdrowia. Niestety obawiam się, że nic na to nie da się poradzić... Przetrwają sportowe style plus taiji w formie zdrowotnej i jakieś tam Shaoliny ze względu na nazwę.... Zresztą teraz nawet niewielu Chińczyków zdaje sobie sprawę, że taiji czy baguazhang są stylami walki... Pamiętam, ćwicząc w parku sparingi, podeszła do nas grupa Chińczyków w mundurkach firmy ochraniarskiej i spytali mnie czy ćwiczę sanda, jak powiedziałem, że baguazhang, ich odpowiedz była, że tak że rozumieją, że macham formy baguazhang, ale teraz widzą, że to chyba jakaś odmiana sanda co robię co nie, bo baguazhang to jest przecież odmiana taiji, a taiji jest dla zdrowia :) !!! I taka jest niestety powszechna świadomość...

T.G.: Jak długo zamierzasz pozostać w Chinach? Jak bardzo odnalazłeś się w rzeczywistości Państwa Środka?

T.T.: Jak długo się da :). Mnie tu dobrze... Mam chińską narzeczoną, kupiliśmy mieszkanie, niedługo się tam przeprowadzamy, dobre jedzenie, kontakty z mistrzami i znacznie bardziej bezpiecznie niż w Polsce... Może trudno niektórym uwierzyć, ale w Pekinie lepiej mi się żyje niż w Polsce, wygodniej, bezpieczniej - tutaj o godzinie 10 wieczorem widząc grupę mężczyzn na rogu ulicy, nie trzeba się ich bać!!!! Widzi się spokojnie spacerujących starszych ludzi itd.. Tak długo jak mam możliwości być tutaj, nie widzę potrzeby powrotów tym bardzie, że szczerze mówiąc nie bardzo tęsknię za polską smutną i szarą rzeczywistością.

T.G.: Nasza "rozmowa" zrobiła się nieco smutna pod koniec. Może powiedziałbyś coś optymistycznego czytelnikom "Świata Nei Jia"? Coś co podniesie ich na duchu i zachęci do treningu kung fu :)?

T.T.: Ach tam zaraz smutna :). Taaaa w sumie nie bardzo wiem jak zachęcić do treningów kung fu... :). Mnie tam lepiej chyba wychodzi zniechęcanie do tych treningów :). Bo w sumie jakie zalety ma kung fu? Długa droga do prawdziwego mistrzostwa, bardzo dużo ciężkiej pracy, wymaga poświęceń, itd., itd. ... to po prostu trzeba lubić :). Jak ktoś lubi prosto i łatwo, szybkie efekty to kung fu nie jest bynajmniej dla niego. Ćwicząc baguazhang, widzę jak moje ciało się zmienia, jak mam coraz ciekawsze efekty, robię rzeczy, które wcześniej wydawały mi się magią prawie :). Ja to lubię, ale czy każdy potrafi to polubić... szczerze wątpię....

Zresztą powiedzmy sobie od razu, kung fu nie jest dla każdego i nie każdy również styl kung fu jest odpowiedni dla każdego! Trzeba znaleźć coś co się lubi i trzymać się tego! Nie ulegać modzie albo temu, że kolega coś tam ćwiczy.... Być sobą po prostu. Ja ćwiczyłem różne style walki i różne style kung fu i zawsze mi czegoś brakowało, nie wiedziałem czego, ale coś było nie tak jak powinno... Trenując baguazhang nie ma już tych wątpliwości, jestem szczęśliwy :)! Ale to nie oznacza, że baguazhang jest najlepsze na świecie i wszyscy powinni to trenować! Jest dobre dla mnie i mnie to wystarczy!. Ja ćwiczę dla siebie i przede wszystkim dla siebie, więc nie przejmuję się, że ktoś jest lepszy, że ktoś mnie tam wkopał :), po prostu wyciągam argumenty, każdą sytuację traktuję jak potencjalną lekcję i staram się jak najwięcej "nauczyć".

T.G.: Dziękuję za cierpliwe odpowiadanie na pytania :-) i życzę wielu sukcesów w zgłębianiu baguanzhang.

Artykuł ukazała się w magazynie "Świat Nei Jia" nr 35 (kwiecień 2004).

 


| Spis artykułów | Początek strony |